Ameryka Południowa zza okien samochodów – Chile i Peru

Po powrocie z Antarktydy zdecydowałam się wykorzystać pozostałe dwa tygodnie na zwiedzenie Pustyni Atakama w Chile, a potem kilka komercyjnych miejsc w Peru: Arequipa z kanionem Kolka, Jezioro Titicaca, Machu Picchu i Limę, skąd wracałam do kraju. Być może kroczenie komercyjnymi, utartymi ścieżkami nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale bardzo wygodnym i bezpiecznym w przypadku samotnie podróżującej, średnio rozgarniętej blondynki, nie posługującej się językiem hiszpańskim…

Atacama
64864_IMG_1933[1]Cieśnina Drake’a i Przylądek Horn były dla nas bardzo łaskawe. Dotarliśmy do Punta Arenas w Chile dzień wcześniej, zahaczając o malutki porcik na końcu świata Puerto Wiliams i przepływając cieśniny Beagle i Magellana. I zamiast odpocząć w mieście, El Jefe wymyślił jednodniowa wycieczkę po Patagonii. Następnego dnia samolot do Calamy, wiec kolejny cały dzień w podroży i około północy docieram ledwo żywa do San Pedro de Atacama, miasteczka na Atakamie, choć miasteczko to szumna nazwa. Pierwsze wrażenie po przyjeździe – „slamsy oblegane przez turystów” i myśl, że mam już dosyć tego ciągłego przemieszczania się i ciągłej zmiany łóżek. Nagle zostałam sama w kraju, gdzie mało kto mówi po angielsku, a ja rozumiem mniej więcej co trzynasty wyraz po hiszpańsku. Ale jakoś udało mi się wyjaśnić problemy związane z  rezerwacją i nie spędziłam nocy na chodniku. Uffff… Potem było już tylko lepiej. Na każdym kroku ktoś pomaga i jest cool! Miasteczko rano martwe, po południu i w nocy tętni życiem. Puby, sklepy, restauracje i masa agencji turystycznych pootwieranych do północy.

64872_IMG_2113[2]Kupiłam w pakiecie trzy wycieczki na dwa dni. Odwiedziłam kilka z najbardziej popularnych miejsc. Zaczęłam po południu od słynnej Doliny Śmierci (Valle de la Muerte). Po drodze kilka przystanków w różnych ciekawych miejscach. Na zakończenie dnia zachód słońca w Dolinie Księżycowej (Valle de Luna). Kolejnego dnia o 4 rano wyjazd do Geyser del Tatio, gdzie dostajemy firmowe śniadanko. Potem osada Pueblo de Machuca, w przeszłości wioska pasterska, obecnie mieszka tam kilka osób żyjących ze sprzedaży szaszłyków z lamy. Całość wygląda na Meksyk. Zresztą tak jak w San Pedro de Atacama asfaltu nie uświadczysz, drogi wszędzie szutrowe i kręte. Po drodze flamingi i inne ptaszyska w z rzadka występujących lagunach i oczkach wodnych. Po południu zasłużony relaks na Lagunach. Jedna z Lagun – Cejar – wypełniona jest słoną woda, wiec jak w Morzu Martwym można leżeć na wodzie w całkowitym bezruchu. Na koniec zachód słońca nad wyschnięta słoną Laguną Tebenquiche,  znowu przy poczęstunku i moim ulubionym drinku Pisco Sauer.

64880_IMG_2141[2]Razem ze mną była w miasteczku koleżanka Agnieszka, która przed powrotem do Polski wpadła tutaj też na 3 dni. Wprawdzie korzystałyśmy z Agą z ofert różnych agencji turystycznych, ale tak się złożyło, że miałyśmy w tym samym dniu wyjazd na gejzery. Wyjazd 4, 5 rano. Wieczorem przed wyjazdem zastanawiałyśmy się nad konsumpcją piwka po kolacji:
– Aga, nie pijemy dzisiaj piwa, bo w agencji straszą choroba wysokościową.
– to znaczy?
– no taki mocny kac…
– my nie damy rady?
No i nie odmówiłyśmy sobie. Nazajutrz Aga nie miała większych problemów. Ja umierałam. Przez 4 godziny kilkanaście razy prawie zemdlałam. Przemiła przewodniczka ratowała mnie liśćmi koki. Peruwiańczycy żują je nagminnie, co ponoć pomaga przetrwać na dużych wysokościach. I tu przytoczę Beatę Pawlikowską, że koka różni się od kokainy tak samo jak winogrona od wina. Od siebie dodam, winogrona są znacznie smaczniejsze. Liście koki wyglądają jak liście laurowe, a smakują gorzko-ziemiście. Nic specjalnego.

64892_IMG_2175[1]Gejzery nas nie zachwyciły. Reszta wycieczek i całość wrażeń super. Krajobrazy wynagradzają trudy podróży. Najlepiej wypożyczyć na tydzień auto lub rowery i ruszyć gdzie oczy poniosą, pomimo, że wszędzie pałętają się setki turystów. W godzinach 4/5 rano oraz o 16 przez miasto przejeżdża chyba ponad setka busów zbierających turystów spod hoteli i hosteli. Tereny są na szczęście olbrzymie, wiec ludzie rozchodzą się gdzieś w tej rozległej przestrzeni i nie ma tłumów jak nad Morskim Okiem. W wielu miejscach jest nawet bardzo kameralnie.

Arequipa (Peru), Kanion Kolki
Z klimatycznego miasteczka San Pedro de Atakama ruszam w kierunku Peru. Najpierw jadę cala noc w dosyć komfortowym autobusie do przygranicznego miasta Arica. Dalej uderzam do najbliższego miasta w Peru – Tacna, przechodząc przejście graniczne wraz z lokalnymi “mrówkami”. Cóż to dla Polaka, niejeden raz przechodziło się granice wschodnie czy zachodnie, bez specjalnej znajomości języka.

69135_IMG_2241[1]Aby dojechać do Tacny, mam do wyboru przejazd autobusem lub taksówką. Taksówkarski przygraniczny interes przewozowy kwitnie, więc decyduje się na taksówkę (przewoźników do wyboru do koloru). Wybór niekoniecznie najwygodniejszy (w aucie osobowym 5 osób + dziecko + kierowca), ale zdecydowanie szybszy od autobusu. Taksówkarz obeznany w swoim zawodzie szmuglerskim, wiec wszystko odbywa się sprawnie i ląduję szczęśliwie na dworcu autobusowym w Tacna. Tu małe nieporozumienie co do godzin odjazdu autobusów. Dopiero po chwili zrozumiałam, że w Peru obowiązuje dwugodzinne cofnięcie czasu w stosunku do Chile. Po 6 godzinach jestem w końcu w Arequpia.

Pierwsze spostrzeżenia z przygranicznego Peru. Trzeci świat. Jakbym przekraczała granicę wschodnią 20 lat temu. Centra miast otaczają osiedla biedoty i slamsy. Domy wyglądają jak ruiny powojenne. Z dachów wystają druty rusztowań, a domy są po prostu niedokończone. Podobno jak się nie skończy budowy, nie płaci się podatku. Wiec cale Peru wygląda jakby było w budowie. I podobno w Peru jest teraz pora deszczowa, ale w tym roku wybitnie suche lato. Jak dla mnie OK.

69180_IMG_2266[1]Arequipa – białe miasto – bardzo ładna. Centrum historyczne tętni turystycznym życiem, wejścia do muzeów czy sanktuariów są masakrycznie drogie. Biuro podroży  usiane jedno koło drugiego. Mnóstwo sklepów z kolorowymi suwenirami  peruwiańskimi. Ale mnie tu ciasno!! Od razu wykupuję wycieczka na dwa dni – trekking do Kanionu Kolka. Od 3 rano bus zbiera turystów po hostelach. Odległości są tu duże, podobnie jak na Atacamie. Do kanionu jedziemy 3 godziny. Kierowca, zamiast dać ludziom pospać,  raczy nas muzyka na full. Nauczona doświadczeniem zawsze mam przy sobie zatyczki do uszu. Potem jeszcze godzina w kanionie, śniadanie we wsi, punkt widokowy z kondorami w tle (kondory widzę niestety z daleka) i wysiadka. Dalej 4 godziny  w słońcu pieszo w dół ponad 1000 m, do poziomu rzeki. Na dole, w malutkiej wiosce obiad u lokalnej gospodyni (mięsko alpaki) i dalej 3 godziny w kierunku noclegu.
W kanionie jest przepięknie! Pomarańczowe ściany przełomu Kolki, różnorodna roślinność, kaktusy, agawy itp. Mało wydeptane ścieżki i generalnie prawie wcale nie ma tu ludzi. Przewodnik coś tam opowiada od czasu do czasu o historii Peru i zbiera po drzewach różne owoce, bardziej lub mniej znane.
69190_IMG_2380[1]Punkt noclegowy to mała wioska wybudowana specjalnie dla turystów.  Nazywa się Paradiso Lodge – kolejny Paradajs…. Jednak tu nazwa odpowiada znaczeniu. Przepiękna roślinność, baseniki, hamaczki w cieniu drzew. Śpimy w bungalowach bez prądu, wieczorkiem kolacja, ognisko, jakiś przewodnik z gitarą. No cudownie! Tylko podobnie jak z Paradajsem antarktycznym, łatwiej się dostać niż wydostać. Wyruszamy o 5 aby uniknąć skwaru. Przed nami 3.5 godziny żmudnej wspinaczki ponad 1300 m do góry. U góry we wiosce zasłużone śniadanie. Potem gorące źródła, i kąpiel w rzece, punkt widokowy na wulkany (4100m n.p.m.), obiadek. W drodze powrotnej trafiamy na urodziny jakiejś wioski i występy artystyczne grup z różnych regionów. Czyli prawdziwy folklor peruwiański, spontaniczny, nie najdoskonalszy, na poziomie koła gospodyń wiejskich, ale na pewno nie pod turystów. W drodze powrotnej jeszcze alpaki, lamy, wikunie i inne zwierzactwo.

Puno, Titikaka
69220_IMG_2561[1]
Z Arequipy ruszam do Puno nad jeziorem Titikaka. Znowu siedem godzin w autobusie, podziwiając pustynno-górzyste krajobrazy, które powoli zielenieją. Puno leży na wys. 4100m, Jezioro Titikaka na 3900 m npm. Miasteczko jak to w Peru, wygląda jak w ciągłej budowie. Wyruszam na jednodniowa wycieczkę na dwie wyspy na jeziorze Titikaka (nazwa oznacza pumę i skałę).
Pierwsza z wielu wysp Uros (na całym jeziorze ich 45) to pływająca wyspa zbudowana z trzciny. Sama nazwa Uros oznacza ludzi mieszkających na wyspie, którzy faktycznie mieszkają tu całe życie, choć dzieci są wysyłane do szkoły. Bardzo klimatyczne miejsce, z całkiem inną kulturą. Są to potomkowie plemienia, które uciekło przed Indianami Keczua oraz konkwistadorami, którzy zmuszali ludzi do pracy w pobliskich kopalniach. Na wyspie prezentacja budowy wyspy, stylu życia itp. Można popływać trzcinową łódką, oczywiście za dodatkowa opłatą, która idzie ponoć na edukację dzieciaków. Oby… Można zakupić pamiątki. Kolorowo i słonecznie. Czyli komercha…
Następna wyspa Taquile to już stały górzysty ład. Mieszka tu plemię mające bardzo specyficzne zwyczaje. Na powitanie wymieniają się koką, noszą różne czapki oznaczające stan cywilny, dzieci do 5 roku życia noszą dredy (czyli po prostu się nie czeszą). 69232_IMG_2535[2]Od kilkuset lat mieszkańcy wyspy żenią się tylko pomiędzy sobą (zdarza się że ojciec z córką itp.), co powoduje problemy zdrowotne, zarówno fizyczne jak i psychiczne. Narzeczeństwo polega na trzyletnim wspólnym pożyciu. Po trzech latach, jeżeli nie pocznie się dziecko, mogą się rozejść. Jak jest im dobrze, zostają ze sobą na zawsze (rozwodów nie uznają). A najlepsze że to wszystko podobno za przyzwoleniem państwa i pod przykrywka katolicyzmu. Hmmmm…

Titikaka i wyspy są urocze, ale Puno mnie nie zachwyciło. Hostel niby OK, ale połowy obiecanego serwisu nie było. Nawet za papier toaletowy karzą sobie płacić. Na śniadanie Peruwianka rzuciła mi łaskawie pieczywem na stół, jakby robiła mi łaskę, że daje mi dwie bułki i łyżkę dżemu na  śniadanie. I wszędzie kłamią.  Niby ustalasz cenę wycieczki, a na miejscu okazuje się że wycieczki oraz posiłki są droższe. Trzeba mieć cierpliwość i umiejętność negocjacyjne (oraz władać hiszpańskim). Krętactwo na każdym kroku i marna obsługa.

Cusco (w języku keczua pępek świata)

69333_IMG_2629[1]Po Puno miałam dosyć użerania się z lokalsami i chciałam już tylko „zaliczyć” Machu Picchu i wrócić do domu, co okazało się wcale nie takie łatwe. Po przybyciu w Puno na dworzec autobusowy okazało się, że w kierunku Cusco nie odjeżdżają żadne autobusy. W Cusco strajk. Drogi zabarykadowane i nikogo nie wpuszczają i nie wypuszczają z miasta. Ale stwierdziłam, że jak znam to indiańskie plemię, to na pewno znajdzie się jakiś ochotnik, który będzie chciał zarobić i w końcu jakiś autobus do Cusco ruszy. Ludzie na świecie wszędzie są tacy sami, jeżeli chodzi o możliwość zarobku… No i nie myliłam się wcale. Po 4 godzinach znalazł się przewoźnik-ochotnik. Kierowca starego rzęcha zaryzykował i odważył się wyjechać w trasę z Puno do Cusco, licząc na fakt, że w nocy strajkujący śpią. Jechaliśmy żółwim tempem, a ja modliłam się żeby grat się nie zepsuł. Po drodze zatrzymywaliśmy się chyba w każdej wiosce, zabierając na pokład babcie sprzedające lokalne przysmaki, łącznie z oranżadą w woreczkach. Lokalny folklor. Plus rzęcha – nie działało TV, więc panowała cisza w autobusie! I o dziwo – pojawiły się prawdziwe lasy. Pierwsze porządne drzewa jakie widziałam w Ameryce Południowej.

69275_IMG_2880[1]Do Cuzco dotarliśmy przed północą omijając jakieś resztki barykad z kamieni i dopalających się opon (strajkujący faktycznie spali). Jestem w Cuzco, ale kolejnego dnia nadal trwa strajk. Sklepy, biura podróży i koleje pozamykane. Wykorzystuję dzień na leniwy odpoczynek w pięknym miasteczku pełnym zabytków po hiszpańskich konkwistadorach. Wszędzie wokół tłumy skandujących strajkowiczów, którym nie podobają się ceny paliw.

Kolejnego dnia robię zwiad w biurach podróży i ostatecznie rezygnuję z organizowanej wycieczki i decyduję się tym razem na samotną podróż w przeszłość. Udaje mi się dostać bilet na pociąg i jadę wąską doliną otoczoną monumentalnymi ścianami do wioski Aguas Calientes, bramy do Machu Picchu (w języku keczua – stary szczyt). Po drodze „obiecywana” od dawna pora deszczowa, czyli czasami coś z nieba pokapuje.

Kolejnego dnia tradycyjna pobudka wczesnym porankiem. Żując na wszelki wypadek liście koki wyruszam 1,5 godzinnym szlakiem do ruin miasta Inków. Machu Picchu położone jest na wysokości 2090-2400 m n.p.m., na przełęczy pomiędzy Wayna Picchu i Machu Picchu. 73899_IMG_2886[2]W zasadzie wszyscy wwożą „siedzenia” autobusami kursującymi krętą drogą, prowadzącą przez strome ściany na przełęcz. Mnie wystarczy autobusów na jakiś czas (przede mną jeszcze 24 godziny w autobusie do Limy). Pieszy szlak turystyczny prowadzi stromymi kamienistymi schodami w górę i w górę. Jest pusto, zielono, trochę mroczno i – pomimo wczesnego poranka – parno. Widoki stromych ścian wyłaniających się z porannych mgieł przepyszne. Zbieram po drodze śmieci licząc po cichu na to, że Pachamama – inkaska bogini ziemi – odwdzięczy się brakiem deszczu.

Maccu Picchu urocze, pełne zakamarków i – przede wszystkim – schodów! W górę, w dół, w górę, w dół. Ruiny świątyń, ołtarzy, domów, tarasy…

Łut szczęścia, udało mi się dostać wejściówkę na szczyt Wayna Picchu. Podobno bilety rezerwuje się z dwutygodniowym wyprzedzeniem i wpuszcza się tu tylko 400 turystów dziennie. No więc kolejne 1,5 godziny stromą, całkiem wymagającą trasą. Szlak wyłożony jest – a jakże – kamiennymi stopniami, nie pozwalającym na dostosowanie długości kroku do swojego wzrostu. 73910_IMG_2913[1]Widok z góry na Machu Picchu jest warty wysiłku, pogoda dopisuje (Pachamama wysłuchała), jeden króciutki deszczyk przegnał co bardziej wrażliwych turystów i w spokoju spędzam popołudnie wśród inkaski ruin.

Lima

Trwająca dobę podróż do Limy całkiem luksusowym autobusem jednej z najlepszych linii wiodła krętymi drogami pośród stromych górskich, niczym nie porośniętych zboczy. Bardzo często bez barierek. To zapewne tłumaczy, dlaczego przed rozpoczęciem podróży policjant przeszedł z kamerą przez autobus, utrwalając gdzie kto siedzi. W razie wypadku łatwiej zidentyfikować osoby, hehe. A może chodzi o terroryzm? W każdym razie poczułam się trochę nieswojo. Na zakrętach rzucało jak na statku, więc zapadłam w lekki „statkowy” letarg.

73914_IMG_2907[2]Dla wyjaśnienia – najlepsza linia autobusowa oznacza, że:

1. Autobus jechał 4 godziny dłużej od planowanego rozkładu (co w zasadzie jest w Peru normą)

2. Podano nam na początku podróży kolację zamiast obiadu następnego dnia (co skutkowało całym kolejnym dniem na samym śniadaniu)

3. Aby skorzystać z toalety trzeba było prosić kierowców o postój (!!!)

Lima jest ogromna i jak każde inne tutejsze miasto ma swoje lepsze i gorsze oblicze. Osiadłam w hotelu w pięknej dzielnicy Baranco, pachnącej „bohemą” i pobliskim morzem, na ulicy, na której mieszkał noblista Mario Vargas Llosa. Po historycznym centrum obwiozła mnie Peruwianka poznana na statku w drodze z Antarktydy. Jeszcze ostatniego dnia kilka godzin na plaży i – uff – szczęśliwy powrót do domu…

Takie tam…

Na koniec jeszcze garść południowo-amerykańskich informacji kulturalno-ekonomicznych, o które prosili mnie niektórzy znajomi:

73990_IMG_2537[1]1. duża część podroży odbywa się krętymi, często szutrowymi drogami, w górzystym na ogół terenie. Trzeba mieć psyche, albo nie patrzeć na to co robią kierowcy,

2. na przedmieściach zamiast asfaltowych dróg, często spotyka się szutrowe,

3. na drogach panuje wolna amerykanka. Pasów wyznaczających jezdnię zazwyczaj nie ma,

4. zielone światła są dla kierowców; skręcający w lewo nigdy się nie zatrzymują, nie ma sensu się wpychać na jezdnię, przejadą po stopach,

5. wszystkie zabytki w turystycznych miejscach są płatne (często więcej niż za nasz Wawel); trzeba zapłacić nawet za wstęp do malutkich, nie najciekawszych kościółków,

6. nieliczne autobusy nie posiadają numerów, trzeba nasłuchiwać naganiaczy-konduktorów wykrzykujących nazwy docelowych ulic,

73992_IMG_2582[1]7. taksówki są w przyzwoitej cenie, zwłaszcza jak się je dzieli w kilka osób; podstawowe pytanie taksówkarzy, czy masz żonę/męża i ile masz dzieci. Strasznie są rodzinni i jak twierdzą Peruwiańczycy, nierozłączni na cale życie,

8. włóczące się psy mają tu chyba status świętej krowy w Indiach,

9. za 5 złotych można zjeść lokalny produkt przygotowany na ulicy przez staruszki, lepszy obiad 20-40 zł,

10. nadmierna ilość dźwięków. Wszędzie jest głośno, choć peruwiańska muzyka bardziej znośna od chilijskiego disco-nie-wiadomo-co, bez zatyczek do uszu nie radzę!

11. kafejki internetowe są pełne młodziezy i dzieciaków i służą tu za salony gier; ciężko się skupić jak 20 osób dookoła strzela do animowanych postaci albo wyobraża siebie w roli Kubicy,

73989_IMG_2445[1]12. południowcy są leniwi; 5 minut oznacza godzinę, albo w ogóle zapomną, że mieli coś zrobić…

13. moja wyprawa kojarzy mi się z wiecznym czekaniem na coś lub na kogoś…i z wielogodzinnym wpatrywaniem się w krajobrazy za oknem autobusów i busów; warto zabrać e-booka lub krzyżówki,

14. turystyka kwitnie, w najbardziej popularnych miejscach pełno jest całkiem przyzwoitych hosteli; w „high sezon” czyli podczas europejskich i północno-amerykańskich wakacji, trzeba jednak hostele zawczasu rezerwować, a ceny są o 50 % wyższe,

15. w centrach miast znajduje się mnóstwo agencji turystycznych gdzie można dostać darmowe mapy z lokalnymi atrakcjami,

73993_IMG_2584[1]16. inaczej mierzy się tu odległość; miasteczko blisko jakiejś atrakcji często oznacza jeszcze 100-200 km do przebycia (konieczność wczesnej pobudki!), wycieczki zaczynają się o bardzo wczesnych godzinach 3-6 rano; dobrze w planie mieć potem dzień na dojście do siebie,

17. w Kanionie Kolki bez przewodnika lub dobrej mapy w GPS-ie można się pogubić,

18. bardzo szybko można się nauczyć numeru paszportu. Peru to „państwo policyjne”, hostele, bilety autobusowe, wejściówki do parków – wszędzie chcą koniecznie Twoich danych osobowych,

19. klimatem Peru przypomina polską wieś zapamiętaną z dzieciństwa, ale jeszcze bardziej zaniedbaną; piękne krajobrazy stoją w sprzeczności z ubogimi wioskami i przedmieściami; ale też większość terenów jakie widziałam to pustynne ziemie i niczym nie porośnięte góry; jak na tej zeschniętej ziemi cokolwiek uprawiać? jak Ci ludzie żyją?

73991_IMG_2541[1]20. Indianie kroją turystów na każdym kroku. Normą jest krętactwo, udzielanie nieprawdziwych informacji, zmiana warunków wycieczki w trakcie jej trwania, albo pomijanie przed wyjazdem „mniej atrakcyjnych” aspektów,

21. należy się wszędzie targować, ale nie ma co liczyć na hinduskie przeceny. To jednak Ameryka Południowa, gdzie ceny napędzają turyści ze Stanów, Australii i zachodniej Europy; czasem leniwe przekupki wolą żebyś nie kupił niż opuszczą cenę,

22. zdecydowanie warto zainwestować w lekcje hiszpańskiego! Angielskim władają nieliczni. Choć spotkałam Chińczyków i Japończyków nie mówiących ani po hiszpańsku, ani po angielsku. Ci to dopiero są wyluzowani,

23. temperatury rożne; dnie upalne, choć calkiem znośne, ale wcześniej rano bywa zimno, czasem poniżej zera np. na gejzerach Atakamy, w Kanionie Kolki czy w Puno. Przydaje się kurtka puchowa.

 

Na koniec: AMERYKA POŁUDNIOWA JEST OGROMNA I PRZEPIĘKNA. POLECAM!

Gosia Błaszczyk

Zachęcam również do obejrzenia galerii zdjęć z Chile i Peru na Pikasa – galeria Gosi.