Bambusową tratwą po Jeziorze Ba Be – Wietnam (IV – V 2015) część IV

Bambus w Wietnamie jest wszechobecny. Z bambusa może być zrobione wszystko, takie można odnieść wrażenie. Ale czy na pewno…..? Bambus stał się nam bliższy po uroczej wycieczce do Parku Narodowego Ba Be w północnym Wietnamie.

5 maja nad ranem pociąg z Lao Cai wtoczył się powoli na dworzec kolejowy w Hanoi. Obudziły nas dźwięki wesołej piosenki o Hanoi, którą załoga pociągu, niczym trębacz skoczną fanfarą stawiający na nogi oddział kadetów w szkole podchorążych, budzi pasażerów pociągu.

Tym razem postanowiliśmy nie korzystać z taxi, tylko przespacerować się do naszego Old Centre Hotelu, po to, żeby zobaczyć jak do życia budzi się Hanoi o poranku.

Powoli sprzedawcy rozstawiali swoje stragany, otwierano sklepiki i uliczne bary. Zatrzymaliśmy się w jednym, żeby zjeść na szybko śniadanie. Zamówiliśmy coś w stylu hamburgera. Miła sprzedawczyni ładowała do bułki pokrojone warzywa, dziwnie zmielone mięso i jakieś sosy. Ci z nas, którzy zamówili to jedzenie na ostro, pochłonęli swoje potrawy. Pozostali, którzy zamówili je w łagodnym smaku, wywracali oczami ze względu na dosyć dziwny smak „hamburgera”.  Śniadanie zakończyliśmy kawą, która została podana na zimno z kostkami lodu.

Pośpiesznie udaliśmy się do Hotelu. O godzinie 9:00 miał po nas zajechać BUS. Naszym celem była północno-zachodnia część  Wietnamu, Park Narodowy Ba Be.

Park Ba Be jest malowniczym górskim regionem, bogatym w rzeki, jeziora i wodospady. Roztacza się wokół jeziora Ba Be w prowincji Bac Kan. Obszar ten jest ostoją wielu gatunków zwierząt, motyli, płazów, gadów, ptaków i nietoperzy.

Punktualnie o umówionej porze w recepcji Hotelu pojawił się młody, sympatyczny chłopak w okularkach o imieniu Viet. Udaliśmy się za nim do samochodu. Naszymi towarzyszami podróży mieli być: kierowca, którego imienia nikt z nas nie zapamiętał, ponieważ był to samozwańczy „Vietnamese Schumacher” i tak przez całą podróż go nazywaliśmy, Viet, który był naszym przewodnikiem i młody chłopak Tomi, który przyuczał się do roli guide’a.

Opuściliśmy Hanoi i udaliśmy się na północ. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy w górzysty rejon Wietnamu, gdzie przekonaliśmy się szybko, jakie rajdowe zapędy ma nasz kierowca. Pędził BUS-em po stromych, wąskich i wijących się serpentynach. Wyprzedzał inne samochody na zakrętach pod górę i w dół, trąbiąc przy tym nieustannie, jakby dźwięk klaksonu miał zatrzymać nadjeżdżający z naprzeciwka pojazd. Po każdym udanym, niekoniecznie bezpiecznym manewrze, jego twarz rozpromieniała się uśmiechem od ucha, do ucha i obserwując w lusterku, jak nam oczy wychodzą na czoło, powtarzał ze spokojem „Vietnamese Schumacher, Vietnamese Schumacher…”

Kilka godzin spędzonych w samochodzie pozwoliło nam na zdobycie wielu ciekawych informacji na temat Wietnamu od Tomi’ego i Vieta. Chłopaki bardzo żywiołowo odpowiadali na nasze pytania. Ponieważ obaj byli z natury sowizdrzałami, również żartom nie było końca i co chwilkę rozmowie towarzyszyły wybuchy śmiechu. Podczas podróży obserwowaliśmy za oknem plantacje trzciny cukrowej. Od razu nasunęło się stwierdzenie, że bardzo nam smakuje prasowany na ulicach, orzeźwiający sok ze świeżych bambusów, który często tu kupujemy. Ku naszemu zaskoczeniu Viet ze śmiechu zachłysnął się wodą mineralną, którą akurat popijał. Obaj z Tomim długo chichotali, zanim wyjaśnili nam, że to co my sobie nazwaliśmy „bamboo juice”, to sok z trzciny cukrowej, natomiast jedyną częścią bambusa, z której  wytwarzany jest napój podobny do piwa, to jego ziarna.

Po południu dotarliśmy na miejsce. Zjechaliśmy nad malowniczą rzekę Nang, gdzie mieliśmy przesiąść się do łódki, którą mieliśmy następnie dopłynąć do jeziora Ba Be. Tomi i Viet zapewnili nas, że pobyt w Ba Be będzie dla nas niezapomniany i taki rzeczywiście był.

Zanim wpakowaliśmy się do łódki, pobiegaliśmy trochę z aparatami nad brzegiem rzeki, próbując sfotografować bawoły oraz całe stada białych i czarnych motyli, których setki obsiadły nagrzane słońcem kamienie w pobliżu wody.

Zaterkotał motorowy silnik łodzi i sternik zaprosił nas na pokład. Płynęliśmy mijając urocze krajobrazy. Skały wystające z wody, drzewa, których gałęzie chyliły się ku rzece, wioski w oddali, wyłaniające się góry i pagórki. Po około godzinie dopłynęliśmy do miejsca, w którym rzeka przepływała przez jaskinię zamieszkałą przez wiele gatunków nietoperzy.

Sternik zatrzymał łódź. Mogliśmy wysiąść na piaszczyste podłoże i pospacerować po wnętrzu jaskini. Była bardzo przestronna i jasna. Wspięliśmy się na górną półkę, próbując wypatrzeć nietoperze. Niestety nie udało nam się ich zobaczyć, za to w powietrzu unosił się bardzo intensywny zapach ich odchodów.

Kolejny postój mieliśmy przy Świątyni Den Am Ma. To piękne i ciche miejsce zapamiętaliśmy przede wszystkim przez pryzmat śmieci, które wypadały z nadmiaru z koszy. Być może miejsce to nie jest zbyt często sprzątane.

Nasz rejs zakończył się na Jeziorze Ba Be. Dobiliśmy do brzegu, skąd mieliśmy spacerkiem dotrzeć do miejsca, w którym Viet przygotował dla nas niespodziankę – „Bamboo rafting”.

Droga, którą szliśmy prowadziła w pobliżu szkoły, w której właśnie skończyły się zajęcia i gromadka dzieciaków wracała do domu na rowerach. Zrównali się z nami w momencie kiedy droga zaczęła się stromo piąć ku górze. Dzieciaki zeszły z rowerów i zaczęły je prowadzić pod górę. Chcieliśmy pokazać dzieciakom, że pod górę też da się jechać na rowerze, niestety przekonaliśmy się, że na tych, którymi dysponują dzieciaki jest to nie lada wysiłek.

Droga wiła się pośród drzew – prawie dżungli, z której dochodziły niesamowite odgłosy owadów. Początkowo wydawało nam się, że to odgłosy jakiegoś głośnego urządzenia mechanicznego, tymczasem były to dźwięki wydawane przez samca cykady, który wabił samiczkę. Nasze zainteresowanie skupiło się również na liściach mimozy. Roślina ta wyróżnia się niezwykłą czułością na dotyk i reaguje składaniem liści. Jej listki po dotknięciu składają się do góry i stykają ze sobą górnymi powierzchniami, całe odcinki zbliżają się do siebie a ogonek wiotczeje i zwisa. Zawstydziliśmy chyba wszystkie mimozy spotkane na naszej drodze.

W końcu dotarliśmy do miejsca nad jeziorem, gdzie czekał na nas Viet z przygotowanymi tratwami z bambusa do naszego „Bamboo raftingu”. Zabawa była przednia. Długo pluskaliśmy się w ciepłych wodach jeziora Ba Be, próbując przy okazji sterować nasze tratwy. Wieczorem poszliśmy do pobliskiej wioski Pac Ngoi, w której rodzina Vieta oprócz uprawiania pola ryżowego prowadziła agroturystykę – Ba Be Lake View Homestay. Dostaliśmy 2 pokoje.Dziewczyny otrzymały pokoik od ręki. Był to maleńki pokoik na poddaszu, w którym znajdowały się 3 materace na drewnianej podłodze i lampa, do której był podłączony wentylator. Ponieważ jedno funkcjonowało w połączeniu z drugim, więc wyłączenie lampy skutkowało wyłączeniem wentylatora, a że bez wentylatora nie dało się spać ze względu na upały, więc spałyśmy całą noc przy włączonym świetle. Piotruś i Tomek musieli poczekać na przygotowanie pokoju. Z grzeczności udostępnili nam ten gotowy, żebyśmy mogły się już spokojnie rozpakować, umyć i przygotować do kolacji. Czekanie się im jednak opłaciło. Dostali ogromny pokój z dwoma podwójnymi łóżkami wyposażonymi w moskitiery. Obok każdego łóżka stał wentylator, światło dało się wyłączyć, do dyspozycji mieli również sprzęt grający. Hmm…, a po nas w nocy spacerowały robaczki, które wchodziły do pokoju przez każdą szparkę w drewnie, wabione światłem.

Udaliśmy się na kolację. Była bardzo dobra. Rodzina Vieta przygotowała sporo dobrych regionalnych potraw. Po kolacji usiedliśmy jeszcze wszyscy na tarasie. Wkrótce dołączył do nas Viet razem z Tomim i zaserwowali nam jeszcze kilka lokalnych przysmaków oraz wino i wódkę z ryżu. Wieczór spędziliśmy na ciekawej rozmowie, poznając zainteresowania Vieta i Tomi’ego.

Zwłaszcza ciekawą personą był Tomi. Pasjonowały go koty oraz wszelkiego rodzaju gady i płazy, których miał pełno w swoim mieszkaniu. Poza tym był fanem tatuaży, których miał pełno na swoim ciele.

Na koniec wypiliśmy z chłopakami zwyczajem wietnamskim a później polskim bruderszafta. Oczywiście polska wersja brudzia bardzo się spodobała naszym wietnamskim kolegom.

Zapraszamy niebawem na kolejne opowieści z Wietnamu: autorzy Kasia i Tomek

Zdjęcie główne wykonane przez Renatę Kupczak