Chiny część I – to nie smog, lecz fog

Jestem młodym, sympatycznym człowiekiem przed pięćdziesiątką. W tej relacji istotne jest również, że jestem przedsiębiorczym przedsiębiorcą przed sześćdziesiątką. Powód mojego wyjazdu do Chin był prozaiczny, przeliczany na złotówki i zależny od kursu amerykańskiego dolara. Kilka miesięcy prowadziłem rozmowy z chińskimi producentami i przyszedł czas, żeby te rozmowy finalizować. Mając na względzie pragmatyzm, oraz moją ciekawość świata – wynikającą pewnie z faktu, że jestem jeszcze przed czterdziestką – postanowiłem pierwsze chińskie transakcje poprzedzić odwiedzeniem zakładów moich przyszłych kontrahentów, oraz zajrzeniem im w oczy…

LOT (lot)

299547_DSC00063Kupiłem bilet na wygodne połączenie LOTu z Warszawy (stolica kraju w środkowowschodniej Europie) do Pekinu. Bez międzylądowań, pobyt 11 dniowy. Wyjeżdżałem z poczuciem, że nie jestem do tej podróży wystarczająco przygotowany. Wiedziałem gdzie kupić Juany, wiedziałem które miasta chcę odwiedzić, wiedziałem, że nie ma co liczyć na możliwość porozumiewania się w języku angielskim poza recepcjami hoteli, a czasem nawet i w nich. Poprosiłem jednego z kontrahentów, żeby przygotował mi podstawowe słówka w wersji “krzaczkowej”, wydrukowałem je i poleciałem.

Wylot z dworca PKP w Bielsku-Białej, podróż z dwoma ślicznymi stewardessami litewskich linii lotniczych lecącymi do Libii (zabrały mnie taksówką na lotnisko w Wawie, jednak jedna z nich zjadła moją kanapkę). Z WAW lot słynnym dreamlinerem. W pakiecie do biletu dodatkowe atrakcje:

Atrakcja nr 1. podczas startu, gdy skrzętnie zapiąłem się pasami, obficie wylała się na mnie z klimatyzatora woda. Po starcie zgłosiłem ten problem obsłudze samolotu. Stewardessy z profesjonalnym spokojem wyjaśniły, że to normalne, że na tym miejscu często tak się dzieje i że nie ma problemu, jest atrakcja. Dały mi papierowe ręczniki, którymi lekko osuszyłem bluzę, koszulkę i spodnie; nie uderzyły mnie, ani nie obraziły, nie śmiały się też ze mnie, najwyraźniej znudzone tym samym gagiem oglądanym co lot w LOT.

299667_DSC00048Atrakcja nr 2. w Pekinie na ogromnym czystym lotnisku łatwo i szybko dostałem się do miejsca wydawania bagaży i szybko znalazłem mój bagaż, a właściwie to co z niego zostało. Dreamliner miał chyba jakieś problemy z hamulcami i najprawdopodobniej mój bagaż został wrzucony pod koła, istnieje też możliwość, że spadł na niego czelabiński meteoryt, oraz taka, że obsługa samolotu wyrzuciła walizkę bezpośrednio na płytę lotniska, żeby szybciej mi ją dostarczyć. Skłaniam się do wersji z hamowaniem. Atrakcja nr 2 mogłaby być problemem, gdyby nie fakt, że łatwo znalazłem biuro dedykowane osobom z resztkami bagaży i po wypełnieniu prostego anglojęzycznego druku otrzymałem nową, solidnie i estetycznie wyglądającą walizkę. Tym samym problem stał się atrakcją.

Po chwili zobaczyłem sympatyczną Chinkę trzymającą kartkę z wydrukowanym moim nazwiskiem. Razem z Chinką posługującą się łatwym do skumania dla pozaazjatyckiego europejskiego kontrahenta nickiem Nicole czekał na mnie Chińczyk, który odebrał walizkę, załadował ją do wygodnego mercedesa ML i zawiózł do Tianjin.

Tianjin

299733_DSC00018Chińczyk kierowca okazał się właścicielem zakładu produkcyjnego, do którego się udawałem. Nicole jego anglojęzyczną pracownicą i tym samym moim tłumaczem podczas tej wizyty. Byli też przesympatycznym buforem pomiędzy moim światem, a chińską rzeczywistością. Wyjeżdżając z Pekinu skrytego gęstą mgłą, usłyszałem od Nicole zapewnienie, że to nie smog, lecz mgła. Dojechaliśmy do podobnie zamglonego Tianjin. Po prezentacji ogromnego zakładu, poczęstunku kilkoma filiżankami pysznej herbaty i kawy typu 3 w jednym, wysuszonego żółwia, który przynosił chińskiej firmie szczęście (również w mojej postaci), ogromnego akwarium mieszczącego się pod szklaną podłogą wejścia do biura, zakładowej siłowni dla pracowników, i cudownego fotela masującego, udaliśmy się do lokalnej restauracji na obiad. Boss zaprosił najlepszych pracowników, rodzinę i lokalnych klientów, wynajął sporą restauracyjną salę i zamówił dosłownie kilkadziesiąt dań. Jedliśmy, śmialiśmy się, Nicole tłumaczyła jak mogła, paliliśmy wszyscy moją fajkę, potem chińskie papierosy, piliśmy ryżowe 38% procentowe wino, czyli słowem mówiąc wódkę. Było niezmiernie przyjemnie.

Po obiedzie na moją prośbę udaliśmy sięz  Nicole do banku, gdzie wymieniłem eurosy na juanosy i udaliśmy się do hotelu. Tam zostawiłem bagaże, odświeżyłem się szybko i pełen werwy i ryżowego optymizmu skorzystałem z propozycji Nicole wspólnego zwiedzenia miasta. 299753_DSC00055Udaliśmy się (kilka juanów za kilka km) taksówką na starówkę. Cepeliowskie uliczki, sporo pamiątek, gadgetów. Moją uwagę zwróciły urocze czajniczki do parzenia herbaty. Z pomocą Nicole kupiłem bilet na pociąg na następny dzień do Qingdao. W Tianjin tylko raz spotkałem 2 osóbki o europejskich rysach. Okazały się Niemkami. Jedna z nich studiuje w słynnym Tiencińskim Uniwersytecie Tradycyjnej Medycyny Chińskiej, a druga to odwiedzająca ją siostra. Podziękowałem Nicole za miłe przyjęcie, udałem się do wygodnego hotelowego pokoju, napisałem maila do kolejnego kontrahenta z informacją o której pojawię się w Qingdao i zasnąłem. Rano odebrałem z recepcji zimny prowiant (koguty jeszcze nie piały) i udałem się na ogromny dworzec kolejowy. Kontrola biletu, prześwietlenie bagażu, oraz “lotniskowa bramka” przed wejściem (jak dobrze, że moje tytanowe śrubki w nodze nie piszczą na bramkach). Dworzec przestronny, czysty, bardzo intuicyjne informacje, prosty w komunikacji. Na peron wejście było możliwe dopiero dziesięć minut przed przyjazdem pociągu i po ponownym okazaniu biletu. Na peronie bez kłopotu znalazłem opis miejsca gdzie mam stanąć, aby znaleźć mój wagon. Wjechał wiatr, a za nim pociąg zaprojektowany pewnie przez Lema. Po chwili siedziałem na wygodnym, czystym fotelu i patrzyłem na reklamy na plazmowym monitorze. Tianjin oddalało się z prędkością 300km/h Miasto pożegnało mnie ogromnymi żurawiami i osiedlami nowobudowanych wieżowców mieszkalnych.

 To nie smog, lecz fog

Monitor nad korytarzem pociągu do Qingdao
wyświetla modelki w prześwitujących wdziankach,
a chwilę później chłopaka o długich, jasnych włosach
– ślizga się na serfingowej desce po ryżowych polach,
skacze między nimi. Soczysta zieleń i ostrość obrazu
– nie ma smogu, fog otoczył tylko niziny za oknem.

Pasażerowie zastygają nad smartfonami, różnią się
sposobem rozmowy – starsi krzyczą, jak podczas kłótni,
młodzi zdradzają niewidzialnym znajomym tajemnice.
Miejscowości kończą się dzielnicami nowych wieżowców
– podobno w Dubaju pracuje większość dźwigów świata,
ta informacja rozmywa się we mgle, potem dusi w smogu.

Chińczycy mówią tak, jakby wciąż mieli coś w ustach,
jakby nie przestawali jeść. Jedzenie ma tu inny wymiar.
Nie jest koniecznością, lecz przyjemnością i pięknem.
Wieczorem smog odsłania rozświetlone neonami ulice,
grupy kobiet tańczą niczym chłopcy z boysbandów,
albo wielbiciele country. Mgła zakrywa zimne biurowce.

Qingdao

299786_1Do Qingdao dojechałem punktualnie. Poszedłem z tłumem pasażerów i po kilku minutach wydostałem się z dworca. Adres mojego kontrahenta miałem wydrukowany na karteczce. Wystarczyło ustalić gdzie jest siedziba i jak się tam dostać. Prosta sprawa. Zapytałem młodego chłopaka, lecz ten nie rozumiał nic poza tym, że o coś go pytam – nie było szans na komunikację, treść kartki również nie przywodziła mu żadnych wniosków. Z kolejnymi osobami było podobnie. Nikt nie dysponował choćby słowem inglisza.  Dzień był ładny, słoneczny; autobusy, samochody, przyjeżdżały, odjeżdżały. Taksówkarze również nic nie kumali. W końcu dwie młode Chinki na pytanie o inglisz uśmiechnęły się z zażenowaniem ale bez zdecydowanego “nie”. Skupiały się nieziemsko nad treścią karteczki, dyskutowały ze sobą i w końcu zaprowadziły kilkoma ulicami na autobusową zatokę. Tam konsultowały się jeszcze z oczekującymi pasażerami, po czym rozemocjonowały się pokazując nadjeżdżający autobus. Wskoczyłem z moją made in China walizką. Zanim zamknęły się drzwi zdążyłem jeszcze zapytać how many stations. Dziesięć , równo dziesięć. Autobus ruszył, nie miałem biletu, więc zapytałem kierowcy. Równie dobrze mogłem go pytać o los bohaterów polskich telenowel… Poproszę bilet, ile za bilet? Czy Hanka z M jak miłość żyje? Ktoś wskazał skarbonę przytwierdzoną do rurki i gest Wałęsy. Dwa Juany i dziesięć stacji. Wytężyłem śladową podzielność uwagi: porcja dla ciekawych widoków za oknami autobusu, porcja dla współpasażerów i ich dyskretnych spojrzeń, i porcja dla liczby odwiedzonych przystanków. Dziewięć. Chińczycy są spokojni, noszą się “po europejsku”, osiem. 316605_2Miasto sprawia nowoczesne wrażenie. Sporo szklanych wieżowców, szerokie, wygodne drogi, siedem. Wchodzący zerkają wymownie na moją walizkę utrudniającą przejście. Przyciągnąłem ją mocniej, ustawiłem na stopach, sześć. O, morze, Morze Żółte, plaże, mam nadzieję, że zdążę po nich pospacerować! Dzielnie doliczyłem do właściwego przystanku. Wysiadłem wprost przed budynkiem, w którym miałem umówione spotkanie. Biurowiec o szumnej nazwie  “Qingdao World Trade Center”. Tak więc Alkaida nie wysadziła WTC, tylko przewiozła je do Chin!

Winda kończyła się na piętrze trzynastym, a ja miałem trafić na dziewiętnaste. Po chwili kluczenia po ciemnych, ciasnych korytarzach, znalazłem kolejną, jadącą już wyżej. Otworzyłem drzwi biura kontrahenta i spojrzało na mnie zza kilkunastu biurek kilkanaście par zdziwionych oczu. Przywitałem się, na co pojawiło się kilkanaście uśmiechów. Podszedł do mnie zdziwiony chłopak i zrozumiałym angielskim wyjaśnił, że Bella (kolejny łatwy do skumania dla pozaazjatyckiego europejskiego kontrahenta nick) pojechała po mnie na dworzec. Zaprosił mnie do wygodnego biura na wygodną kanapę, zaproponował kawę typu 3w1 i poinformował, że Bella niedługo będzie. Bella wygląda jak Nicole, tylko jest Bellą. Również przyjemnie i konkretnie się rozmawiało, również pomogła mi kupić bilet na następny dzień i podrzuciła do zarezerwowanego hotelu. Pokój kosztował ponad 300 Juanów, ale wart był każdego z nich. Dwudzieste piętro, przestronne wnętrze, ogromne łóżko, okno zajmujące całą ścianę, piękna łazienka i prysznic będący pomieszczeniem oddzielonym od pokoju również szklaną ścianą. Prysznic z widokiem na wieczorne Qingdao – jakby to powiedział Polak nad Wodospadem Niagara: ja p……lę, k…a mać!

316609_4Wieczorem wyszedłem na miasto coś przekąsić i pooglądać ponoć pięciomilionową miejscowość.

Dużo wieżowców, jednak panuje atmosfera spokoju – nie ma ani nadmiernego ruchu samochodów, ani hałasu, ani tłumów ludzi. Trafiłem na spacerniak i gdy zrobiło się całkiem ciemno, mieszkalne i biurowe dzielnice przygasły, a spacerniaki zostały rozświetlone niezbyt nachalnymi reklamami. Sporo knajpek – bardzo różnorodnych i jak zwykle praktycznych. W jednej przysiadłem na piwko i poobserwować ludzi. Sporo młodych ludzi – w wieku studenckim. Stoły są wykonane z blatu jak nasze kuchnie ceramiczne. Na środku jest grzałka i danie główne gotuje się na stole. Chińczycy uwielbiają jeść na kolacje świńskie raciczki i żeberka – te potrawy królowały. Jedzą z ogromną przyjemnością, swobodą i zapałem, aż miło jest na nich patrzeć. Wypiłem słynne tutejsze piwko (niezbyt smaczne), zjadłem jakiś rodzaj pierogów, rozpaliłem fajkę i pospacerowałem jeszcze. Na ulicach zaczęły zbierać się grupy kobiet. Ustawiały się naprzeciw sprzętów grających i tańczyły rodzaj synchronicznego tańca. Nie wiem czy to gotowe układy, czy ktoś prowadzi taki taniec, w każdym razie było to coś pomiędzy tańcem, a ćwiczeniem. Tańczyli długo, dłużej niż ja spacerowałem. Kupiłem jeszcze jabłka i sok z jakiegoś dziwnego owocu i wróciłem do hotelu. Widok na wieczorne miasto był imponujący.

316607_3Wreszcie miałem poranek dla siebie. Pociąg do Shenyang wyjeżdżał popołudniu. Hotelowe śniadanie przebiegło osobliwie, bo nikt z obsługi nie mówił po angielsku, a ja byłem jedynym obcokrajowcem. Wiele rodzajów bułeczek na parze, jakichś kleików, dziwnych sałatek, osobliwe, gotowane bulwy przypominające nieco ziemniaki, jajecznica i kawa jak zwykle typu 3w1 – tylko taką tu mają. Zasada równości realnie jest tam wcielana w życie, bo w pewnym momencie cała obsługa usiadła z gośćmi do śniadania – to było ciekawe i miłe – kucharze, recepcjonistki, sprzątacze itd.

Po śniadaniu zdałem pokój, odebrałem kaucję (pobierają ją w każdym hotelu) i wyprowadziłem walizkę na spacer. Dzień w tak pięknej nadmorskiej miejscowości chciałem spędzić przy szumie fal. Na plażę postanowiłem udać się pieszo z pomocą mapki z hotelowej ulotki. Piękna pogoda, ciepło, spokojne ulice, cicho – jak na tak duże miasto. Po ulicach jeżdżą tam świetne bryki, dużo europejskich i amerykańskich marek, ale dedykowanych na rynek chiński. Samochody często blokują chodniki – tak że trzeba iść ulicą, a nie traktuje się tam przechodniów jako uprzywilejowanych.

Na wybrzeżu piękne jachty, cudna bryza, zapaliłem sobie fajkę i wygrzewałem się w słońcu. Chińczycy są ciekawscy, ale uprzejmi – przyglądają się bardzo dyskretnie. Zaczepiłem dwóch studentów z pytaniem o inglisz i radę jak dostać się na dworzec oddalony o około 20km. Trafiłem, okazało się, że byli to wolontariusze na rzecz międzynarodowych zawodów jakimś sporcie wodnym. Po chwili rozmowy zrobił się wokół nas tłumek około piętnastu osób.316615_7 Przechodnie dopytywali się wolontariuszy co mówię i prosili o tłumaczenie ich pytań. A Polskę – a jak! – kojarzyli: że to kraj piękny, że zielony i fresh air i blue sky. Polaka nawet znają! Kogo? LEWANDOWSKI!!!!

Z pomocą zapisanej chińskimi znaczkami karteczki i szczerego zaangażowania kilku osób pytanych o drogę na dworzec kolejowy, wsiadłem do autobusu. Tym razem miałem jechać dwadzieścia trzy przystanki. Niestety po kilku już pogubiłem ich liczbę, więc zacząłem dopytywać się współpasażerów. Jak zwykle dla każdego z nich język angielski to egzotyka, jednak moja determinacja wywołała głośną dyskusję, w wyniku której chłopak siedzący obok mnie zadzwonił gdzieś, coś tam powiedział i podał mi smartfona. Przyjemny, kobiecy głos przyjemnie, wyraźną angielszczyzną wyjaśnił, że powinienem wysiąść na najbliższym przystanku i jeśli chcę zdążyć, łapać taksówę. Tak też zrobiłem. Taksówkarz spojrzał na bilet i wiedział co robić.

Żółwie, rybki, autobusy

W autobusie w Qingdao nie ma żółwia,
nie ma złotych rybek, więc nie ma szczęścia,
nie dojadę na kolejowy dworzec, nie dojadę.
Pasażerowie znają mandaryński,
ryby nie nazwą rybą, żółwia żółwiem,
nie dojadę na kolejowy dworzec, nie zdążę.
Nie bądź nieśmiały, chłopcze, proszę, powiedz
choć kilka słów, na przykład: train station, hę?
Nie, nie, nie, man, it’s Qingdao bus blues!

W autobusie w Qingdao nie ma żółwia,
ani rybek, nie czekamy na szczęście,
nie dojadę na kolejowy dworzec, nie dojadę.
Pasażerowie patrzą na białasa
i w zagubieniu widzą zagubienie,
nie dojadę na kolejowy dworzec, nie zdążę.
Nieśmiały chłopiec podaje telefon,
a z nim słodki głos, rozkoszny głos szczęścia:
wysiądź jak najszybciej, it’s wrong bus blues!

Autorem tekstu, zdjęć i wierszy jest Marek Radecki. Zapraszam do przeczytania innych wierszy, które dostępne są na stronie Marka perney.pl
Niebawem ciąg dalszy opowieści Marka o Chinach…