Czy Wielki Mur widać z kosmosu? – Chiny część II

Dworzec znów wielki jak…. no cholera! nie wiem co! Jak Okęcie? Zdążyłem kupić coś do przekąszenia na drogę – w tym kurzą łapkę, która śmiało pełni w Chinach odpowiednik chipsów. Przedział kuszetkowy był bardzo czysty i wygodny. Wielkość jak polski odpowiednik. Cztery miękkie łóżka, termos z gorącą wodą, nowe kapcie dla podróżnych, łazienka i ubikacja na korytarzu. Ułożyłem się wygodnie do długiej podróży. Dokuczała zbyt wysoka temperatura, a i  zmiana czasu dawała mi w kość. Zasypiałem się i budziłem wiele razy. Śniłem, że śnię, że śnię, a gdy budziłem się, długo nie potrafiłem przypomnieć sobie gdzie jestem. Wyjechałem o 14,50, dojechałem około 13…

Shenyang

961613_2014-09-22-12-14-24Shenyang przywitał mnie mroźną i słoneczną pogodą. Tym razem wiedziałem, że mam kierować się na West Side, co dzięki dobrze widocznym znakom nie było trudne. Lola (łatwy do skumania dla pozaazjatyckiego europejskiego kontrahenta nick) prosiła w mailu, żebym opisał jej jak wyglądam, żeby mogła znaleźć mnie na dworcu. Odpisałem: “I’m wite”. Opis okazał się precyzyjny, bo Lola poznała mnie od razu. Tak jak sądziłem, w tłumie podróżnych byłem jedyny…

Lola wyglądała jak Bella. Miłe, konkretne spotkanie w niedużej przędzalni i wytwórni ścierek i mopów z mikrofibry – Amerykanie zamawiają największe mopy. Jedno machnięcie i metr podłogi umyty. Wrażenie wywarła na mnie maszyna do przędzenia włókniny. Była ogromna.

Po spotkaniu pyszna kolacja – właściciel zakładu zaprosił do restauracji kantońskiej. Lola pytała wcześniej jaką kuchnię preferuję,  odpowiedziałem, że nie wiem, bo nie znam, ale dodałem, że zjem wszystko, byle nie uciekało z talerza. Kuchnia kantońska jest świetna. Mięsa podawane na słodko. Treściwe i ciekawe w smaku sałatki z robaczkami, które już nie mają ochoty uciekać. I tym razem dań było sporo.

961630_DSC00380Wyjechać z Shenyang było najłatwiej, bo stacja kolejowa jest dosłownie kilkaset metrów od Hotelu Vienna. Swoją drogą rozbawiło mnie zdumienie obsługi hotelowej, gdy uświadomiłem ich, że hotelowe akcenty – jak reprodukcje obrazów, czy walc  konkurujący z szumem windy to nawiązania do Austrii. Shenyang ma już mniej światowy charakter niż Qingdao. Widać tam biedniejszych ludzi, brzydsze budynki, więcej tłumów. Budynki i ulice sprawiają wrażenie mocniej wyeksploatowanych. Wieczorny spacer po ulicach tego miasta nie był już tak przyjemny, no i faktycznie jest to dużo chłodniejsze miasto. Kupiłem bilet do Pekinu, potem małe zakupy lokalnych przysmaków – w tym drink który miał ułatwić i ułatwił zaśnięcie.

Pekin

961639_DSC00447Mimo, że na dworzec tak blisko (a pewnie właśnie dlatego) mało co nie spóźniłem się na pociąg do Pekinu – ten jechał jedynie (sic!) 200 km/h a dokładnie tempomatowe 199. Dojechałem po 13 stej. Dworzec jeszcze potężniejszy niż w Shenyang i jeszcze bardziej zatłoczony. Pekińskie ulice są pełne restauracji McDonald i KFC itp., a że marzyłem o kawie i możliwości “rozejrzenia się” po mieście za pomocą netu, wlazłem do maca. Niestety kawa była niedobra, net nie działał, tłum był straszny. Na szczęście siedząca obok mnie Chinka znała kilka słów po ingliszu i jakimś cudem (sama była zdziwiona) zdołała uruchomić mój net i pomogła znaleźć hotel. Dzwoniła do kilku, ale nie było miejsc. Ostatecznie ten, który miał miejsca ma świetną lokalizację (samo centrum) jednak jest tam brudno i ogólnie nieładnie.

961657_DSC00220Dojechałem metrem do hotelu, który mieścił się na słynnym deptaku Wangfuging. Pochodziłem trochę po centrum i popróbowałem straganowych przysmaków z których słynie to miejsce: smażone, grillowane, pieczone, gotowane przysmaki z warzyw, mięsa, ciasta i przepysznych ośmiornic, kalmarów, ryb. Ciekawość budziły szczególnie pieczone pisklaki, żywe skorpiony nadziewane na szaszłykowe patyczki i mnóstwo przeróżnych owadów, stawonogów, węży. Przyznam że każda z potraw, które próbowałem była smaczna. Dla przykładu: solidna porcja grillowanej ośmiornicy kosztowała 20 Juanów, większość potraw kosztowała około 10. Jako deser popularne są świeże owoce – najczęściej truskawki – nabite na patyczek i oblane cienka skorupką transparentnego cukru. Nie wygląda to zachęcająco, jednak smakuje wybornie. Cukier nie jest zbyt słodki, przyjemnie chrupie, a owoce są przezroczyste.

W hotelowym pokoju zmyłem podróżny kurz, z ulgą wyciągnąłem się na łóżku i oczekiwałem na sen, jednak sen nie poczuwał się do przybycia. Pooglądałem więc chińską telewizję. Programy prezentowały na przemian informacje, stare filmy o budowaniu kolei, kretyńskie, romantyczne chyba seriale i filmy wojenne. Chińczycy rozwalali wszystkich.

Bańka z cukru

  • Chinka wzrusza ramionami, gdy mówię o Ukrainie.
  • Pokazuje szaszłyki z piskląt, ze skorpionów (wiją się
  • nabite jeden za drugim). Może talizman na lusterko?
  • Przyniesie szczęście, luz i uśmiech białego modela
  • – z ulicznych bilboardów uśmiechają się głównie biali,
  • Chińczycy brylują i krzyczą z telewizora w Hua Fu Hotel.
  • W programach czarno-białe filmy o budowaniu kolei,
  • chińska choroba wenezulska i wszelkie gatunki wojenne.
  • Pisklęta ignoruję, skorpiony to skorupka i drżące kolce,
  • wenezuela powoduje mdłości, a czarno-białe filmy nużą.
  • Wybieram grillowane ośmiornice, na deser świeże truskawki
  • zatopione w bańce cukru. Z programów pozostaje wojna.

 

961762_DSC00225Pekin (w Chinach funkcjonuje nazwa Beijing) jest miastem o dość oczywistych atrakcjach. Wpisz w google “Pekin co zwiedzać” i wszystkiego się dowiesz. Pościskałem się w tłumach Chińczyków w roli “turysta”.

Pochodziłem po wielkim Zakazanym Mieście (bilet wstępu 40 Juanów) – ogromne przestrzenie, wielkie place, imponujące, ale monotonne budynki i każdy z nich niezwykły, więc każdy trzeba obfocić. Egzotyczne posągi, bogate zdobienia. Oczywiście każdy budynek ma historię, każda figura również. Materiały informacyjne są dostępne po angielsku. Ogólnie konwencjonalne atrakcje, znaczy się konwencjonalne nudy.

Plac Niebiańskiego Spokoju razi niebiańskim spokojem samego miejsca, jeszcze większą przestrzenią (w tym ponoć przeludnionym kraju) i niepokojem tłumu chińskich turystów, którzy bardzo chcą niebiańskiego spokoju doznać. 961786_DSC00290Ekscytującym wydarzeniem była zmiana warty. Kilkadziesiąt minut przeciskania się w tłumie, dokładna kontrola na bramkach. Emocje buzowały w tłumie, policjanci krzyczeli na gapiów, którzy stawali na krawężniku. W pewnym momencie flaga została zmieniona (a może to była warta, a nie flaga? ;-)) i można było odejść. Emocjonujące, prawda? W tłumie dostrzegłem hinduską rodzinę i przyglądanie się im przez chwilę było bardziej ciekawe. Na tle Chińczyków wydawali się bardzo wyniośli, dumni.

Kontrahenci przestrzegali mnie przed czarnymi taksówkami.  Prawie jak swego czasu polska czarna wołga. Ponoć są to naciągacze. Faktycznie bardzo asertywnie nakłaniają do skorzystania z ich usług. Uprzedzony nie korzystałem. Tym bardziej, że miałem sporo wolnego czasu, małe turystyczne ambicje i wolałem przemieszczać się metrem, autobusem a najchętniej piechotą. 961797_DSC00318Komunikacja w Pekinie i Chinach w ogóle jest relatywnie tania. Metrem można jeździć do czasu wysiadki z metrowych podziemi za cenę 2 Juanów. Metro opisane jest bardzo czytelnie. Łatwo się w nim poruszać. Biletomaty obsługują język angielski, wszelkie tablice informacyjne również mają anglojęzyczne wersje.

Internauci przestrzegali mnie przed Chinkami naciągaczkami. Podają się takie za studentki szlifujące inglisza, proponują, że oprowadzą po Pekinie, a zwiedzonego ich urokiem czekają Straszne Rzeczy.  Jako że jestem niebywale atrakcyjny i sprawiam wrażenie człeka z którym fantastycznie robiłoby się Straszne Rzeczy, każdego dnia w Pekinie kilkukrotnie byłem nagabywany przez zazwyczaj parę zawsze ślicznych Chinek. Proponowały wspólną kawę, drinka, udział w little party i inne atrakcje. Każdą zaczepkę zaczynały od pytania skąd jestem i zanim wybrzmiało “…and” komentowały, że bjutiful kantry i fejmołs pipoł. 961814_DSC00321Gdy pytałem kto z Polaków jest taki sławny, raz usłyszałem że naukowcy, a gdy drążyłem którzy konkretnie… zaproponowały drinka. Oczywiście jako człowiek odważny, męsko tłumaczyłem, że czekają na mnie frendzi i że już się denerwują i nie mogę iść teraz na piwko. Zazwyczaj upierały się wtedy, żeby skoczyć z nimi chociaż na pięć minut. I to urażało mnie doszczętnie. Straszne Rzeczy ze mną w pięć minut??!! Zbrodnia!

Dużo lepsze wrażenie wywarła na mnie konkretna pani o facjacie i stylu bycia biznes woman, która w klarowny sposób zaproponowała, że gdybym w hotelowym pokoju czuł się samotny, wystarczy zadzwonić – wręczyła mi wizytówkę – i już nie będę się czuł samotny. 961817_DSC00352Wspominała jeszcze coś o rzeźniku, czy masarzu.

Po Pekińskich ulicach chodzi sporo Amerykanów, Australijczyków, Rosjan, ale najwięcej Chińczyków :-) Sporo jest policji, ale widać, że Chińczycy ich lubią, nie boją się ich i często proszą np. o wskazanie drogi. Oczywiście w centrum jest masa ekskluzywnych sklepów, wszelkie światowe marki, masa eleganckich reklam, lecz – o kurtyzano – na reklamach prawie sami biali. Ogólnie odniosłem wrażenie, że Chińczycy mocno są zapatrzeni na zachód. Noszą się również po europejsku. W tłumie można dojrzeć wiele rys, rodzajów urody, gabarytów – w tym również wysokich mężczyzn i kobiet. Często można tez podziwiać kobiety wspaniałej urody.

MUR (znaczy się Wielki Mur)

961823_DSC00393Spotkałem się wielokrotnie z negatywnymi opiniami o Wielkim Murze. Turyści skarżą się na obrzydliwe skomercjalizowanie tego charakterystycznego obiektu, na chińską cepelię. Przewodniki rozpisują się o “odnowieniach” Muru dokonywanych w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku bez zachowania jego pierwotnej formy, czyli realnie ujmując, o zniszczeniu tego słynnego zabytku.

Przewodniki piszą głównie o dwóch miejscach, w których zwiedza się Wielki Mur:

Badaling – kwintesencja wszystkich negatywów o których wspomniałem,

Mutianyu – te miejsce jest polecane jako mniej skomercjalizowane (na tle Badaling),

961858_DSC00395Doczytałem o jeszcze jednym miejscu:

Haunghuacheng – i tę miejscowość wybrałem, bo wg znalezionych informacji mija się całkowicie z cepelią, a Mur zachował tam oryginalną formę.

Rano wciąż niepogodzony z dużą zmianą strefy czasowej zerwałem się z łóżka hotelu położonego przy słynnym pekińskim deptaku Wangfujing i udałem się do pobliskiej stacji metra. Dojechałem na dworzec  autobusów dalekobieżnych Dongzhumen i znalazłem nr 916. Po nieudolnej próbie ustalenia z kierowcą ceny biletu (jego cena jest uznaniowa, dobrowolna sic!), ostatecznie wyciągnąłem kilka banknotów i kierowca wybrał z nich 12 RMB (czyli ok 6zł) W autobusie spotkałem parę Anglików. Pogadaliśmy i okazało się, że zamierzają udać się do Mutianyu, ale w trakcie jazdy udało mi się ich przekonać do uroku mojego wyboru i postanowiliśmy, że pojedziemy razem. 961861_DSC00399Wysiedliśmy na końcu trasy naszego autobusu – w mieście Huairou. Tam znów próbowaliśmy bezskutecznie znaleźć kogoś, kto rozumiałby cokolwiek po angielsku, a ostatecznie skończyło się na pokazywaniu krzaczków oznaczających naszą miejscowość. Dogadaliśmy się (po mocnych negocjacjach) z kierowcą malutkiego busika. Za 150 RMB zobowiązał się zawieźć naszą trójkę (godzina w jedną stronę), poczekać 4 godziny i przywieźć z powrotem. Gdy już dotarliśmy do Haunghuacheng, okazało się, że jeździ tam z Huairou autobus nr H-21.

Faktycznie Wielki Mur wygląda tam imponująco. Na miejscu jest tylko jedna kobieta sprzedająca na rozkładanym stoisku napoje, ciastka i kanapki. Poza jedną parą i małą grupką Chińczyków nie spotkaliśmy innych turystów. Mur ciągnie się przez grzbiety gór nie szukając najprostszych miejsc. Widać, że priorytetem budowli była ochrona, widoczność z muru, a nie oszczędność wysiłku i materiałów. Miejscami Mur wznosi się, czy opada tak stromo, że trudno zachować równowagę. 961877_DSC00403Co kilkaset metrów na murze są wieżyczki, w których podobno można nocować i już nie podobno, da się wypróżnić (śladów nie da się nie zauważyć), jednak nie mogę narzekać na czystość. Widoki niesamowite, wrażenia również. No i ważne jest to, że można obcować z tym magicznym miejscem w ciszy, spokoju, a nawet samotności.

Przy samym wejściu na Mur, spotkaliśmy miejscowego wieśniaka, który za przejście przez jego skrawek ziemi skasował nas po 3RMB od głowy. Mur chwilami jest zniszczony, chwilami zerodowany, ale ogólnie jego forma jest dobra i imponuje tak jak powinien. Chińskie niebo podobno nie bywa błękitne, także dominowały pekińskie szarości. 4 godzinny spacer po Murze dał nam dużo satysfakcji. Przy okazji wyjaśniłem mojej nowej angielskiej znajomej treść (?!) piosenki “rikitiki rikitikitak, jeśli masz ochotę daj mi jakiś znak” bo nuciła i nawet śpiewała ją namiętnie. Głębia tekstu wcale jej nie rozczarowała.

W opracowaniach na temat Wielkiego Muru często pojawia się informacja, o tym że ta budowla jest widziana z kosmosu. Spotkałem się również z opiniami, że to bzdura. Po wizycie w Haunghuacheng czuję się uprawniony do wygłoszenia własnej opinii w tym temacie:

1. Z Wielkiego Muru widać kosmos (ale z trudem i przez chmury)961907_DSC00422

2. Podczas spaceru nikt z kosmosu nie dał mi odczuć, że widzi Wielki Mur, czy mnie.

3. Na google maps widziałem budę mojego psa

4. Na Wielkim Murze słychać piosenkę o “rikitikitak”

5. Nie mam psa

Nasz kierowca czekał dzielnie i zawiózł nas do Huairou. Autobusy jeżdżą w Chinach bardzo często, także nie czekaliśmy długo na naszą 916 i bez przygód wróciliśmy do Pekinu.

 

To była część II relacji z pobytu Marka Radeckiego w Chinach. Czekamy na kolejne relacje z podróży i ciekawe zdjęcia… Dzięki :)