Jak zdobywano Phan Xi Pang – Wietnam (IV – V 2015) część III

Podróżując po Wietnamie, postanowiliśmy przy okazji pobytu na północy wspiąć się na szczyt Phan Xi Pang (3143 m n.p.m.) – najwyższego szczytu zarówno Wietnamu jak i całych Indochin w paśmie Hoang Lien Son, i obejrzeć Wietnam z góry…

Hotele oraz biura turystyczne w Hanoi organizują jedno, lub kilkudniowe wyprawy na szczyt. Turystom o dobrej kondycji fizycznej rekomenduje się wybranie opcji dwu lub trzydniowej. My wybraliśmy dwudniowy trekking. Do ostatniej stacji Lao Cai na północy Wietnamu dotarliśmy z Hanoi nocnym pociągiem. Z kolei do miasteczka Sa Pa, położonego u stóp masywu Hoang Lien Son busikiem, wysłanym po nas przez recepcję hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowany pierwszy nocleg przed trekkingiem. Pierwszy dzień poświęciliśmy na tzw. rozchodzenie się i przeszliśmy około 30 km po górzystych wioskach położonych w okolicach Sa Pa. Trasa wiła się wzdłuż tarasów ryżowych, skromnych drewnianych chatek, w oddali cały czas na tle niebieskiego nieba majaczył szczyt Phan Xi Pang. Widoki zapierały dech w piersiach, oddychanie utrudniał również żar lejący się z nieba.

3 maja skoro świt zapakowaliśmy się do busa wraz z naszym przewodnikiem, który miał nas doprowadzić na szczyt góry i pojechaliśmy w kierunku przełęczy, skąd zaczęliśmy trekking.

Po przekroczeniu bramy Parku natychmiast zanurkowaliśmy w dżungli. Trasa początkowo biegła wzdłuż rzeki. Wędrowaliśmy przez las deszczowy obfitujący w ciekawe gatunku drzew i roślin. Coraz bardziej pięliśmy się w górę. Ostatni odcinek przed dojściem do obozu, w którym mieliśmy pozostać na noc wiódł przez gaje bambusowe a na trasie było mnóstwo mokrych i śliskich korzeni i kamieni.

Po około pięciu godzinach dotarliśmy do Phan Xi Pang Base Camp, gdzie mieliśmy możliwość pozostawienia swoich plecaków w jednym z pomieszczeń blaszanego baraku, które spełniło również funkcję naszej stołówki, przebieralni, łaźni i sypialni. Po skromnym posiłku udaliśmy się jeszcze w kilkugodzinny marsz na szczyt dachu Indochin.

Wychodząc na przełęcz powyżej obozu naszym oczom ukazał się obrazek żywcem z budowy (gruzowisko, rusztowania, belki, żelazne liny i dźwigi niczym żurawie na łące). Okazało się, że nasz szlak zbiegł się z torem budowy kolejki linowej, która została uruchomiona od lutego 2016 roku. Kolej linowa ma początek w okolicach pięknie położonej wioski Sa Pa i prowadzi do punktu widokowego pod Phan Xi Pang.  

Z jednej strony widać było ciężką pracę jaką wykonali robotnicy, a z drugiej pozostawała świadomość, że w momencie uruchomienia kolejki wielu przewodników i tragarzy straci pracę. Mieliśmy tylko nadzieję, że wraz z ukończeniem tej inwestycji znajdą się pieniądze i ludzie na uprzątnięcie szlaku, bo zalegało na nim tysiące śmieci, szczególnie na odcinku budowy kolejki. To jednak nie przeszkodziło nam w podziwianiu piękna tych gór bogatych drzewa i krzewy, które pomimo wysokości ponad 3000 m n.p.m. pięknie kwitły i pachniały. Bujna flora zawdzięczała to wysokiej wilgotności powietrza i częstym opadom deszczu w tym rejonie. W prawdzie w ostatnich dwóch dniach nie padało ale, szlak przed samym wierzchołkiem góry był tak mokry i błotnisty, że wydrapać się na szczyt można było tylko chwytając się łodyg bambusa rosnących wzdłuż ścieżki. Na szczycie natomiast mieliśmy możliwość podziwiania w świetle popołudniowego słońca gór rozpostartych po horyzont. Droga w dół wymagała zaś o wiele więcej uwagi i trudno było nie zaliczyć kilku spektakularnych upadków.

Po powrocie do obozu otrzymaliśmy ciepłą kolację składającą się z kilku lokalnych posiłków: zupa z makaronem ryżowym z dodatkiem mięsa z kurczaka o specyficznym posmaku trawy cytrynowej, sałatka ze smażonych paproci (lokalny przysmak), tofu czyli ser sojowy w sosie pomidorowym, gotowana kapusta oraz kurczak i wołowina, no i tradycyjnie duża miska ryżu. W nocy w obozie ciężko było nam zmrużyć oko. Barak wypełniony był po brzegi wielojęzyczną grupą turystów, którzy przeżywali zdobycie szczytu, lub zbierali informacje na temat tego jak jest na górze. Kiedy towarzystwo zmorzył sen, obudziły się żaby w pobliskim stawie. Do tego koncertu dołączył  wiatr, który jako perkusję wykorzystał zdrewniałe kije bambusów porastających teren obozowiska. Od czasu do czasu żabom wtórowały obozowe koty a i drzwi z pomocą wiatru wydawały skrzypiące odgłosy.

Rankiem zerwaliśmy się czym prędzej z niezbyt wygodnego posłania i po skromnym śniadaniu składającym się z zupki z makaronem ryżowym pomaszerowaliśmy w kierunku przełęczy, skąd dotarliśmy do miasteczka Sa Pa, żeby następnie przemieścić się do Lao Cai na nocny pociąg, który miał nas zabrać do stolicy Wietnamu – Hanoi.

Autorki: Ela Jasiak i Kasia Szpałek