Na tropach Yeti – Nepal – Himalaje, wyprawa pod najwyższą górę świata – Mt Everest (X-XI 2012)

Decyzja o kolejnej wyprawie w Himalaje została przeze mnie podjęta prawie natychmiast po powrocie z wyprawy po Himalajach indyjskich, pod Kangczendzongę (8586m n.p.m.). Pozostało tylko obrać kierunek – dokąd tym razem? Długo się nie zastanawiałam i zdecydowałam, że tym razem celem podróży staną się Himalaje w Nepalu, a konkretnie wyprawa pod najwyższą górę świata Mt Everest (8848m n.p.m.)…

Wczesnym rankiem 30 października 2012 roku, cała 12-sto osobowa ekipa zapakowała się do małego samolotu, którym mieliśmy się dostać z Kathmandu do małego lotniska imienia Tenzing-Hillary w Lukli.

Lukla położona jest na wysokości 2860 m n.p.m. Można się tam dostać drogą lądową, ale wówczas wędrówka przedłuża się o kilka dni, lub tak jak my, uatrakcyjniając sobie wyprawę i wybierając lot samolotem. Jaka to atrakcja polecieć samolotem do miejscowości, z której zaczyna się trasa pod najwyższą górę świata? Otóż – adrenalina. Lotnisko w Lukli uważane jest za jedno z najbardziej niebezpiecznych na świecie, a w wielu rankingach umieszczane jest na miejscu 1, jako najniebezpieczniejszy z portów lotniczych naszej planety. Pas startowy lotniska zaczyna się litą skałą, a kończy 600-metrową przepaścią.

Na lotnisku samoloty nie mają możliwości, żeby kołować a lądujące maszyny muszą trafić w krótki pas i wyhamować przed kończącą go ścianą. Dodatkowo starty i lądowania utrudnione są warunkami klimatycznymi, które panują na tych wysokościach: gęsta powłoka chmur, mgły, czy porywiste wiatry. Bardzo często loty do Lukli są odwoływane w związku ze złymi warunkami atmosferycznymi, aby uniknąć katastrof lotniczych, z których niestety lotnisko słynie.

Wystartowaliśmy. Za nami pozostała stolica Nepalu, a my unosiliśmy się nad zielonym przedgórzem Himalajów, coraz bardziej przybliżając się do białego pasma gór. Pogoda w tym dniu była słoneczna, widoczność bardzo dobra. W miarę zbliżania się do Lukli, zaczęliśmy odczuwać turbulencje, spowodowane porywistymi podmuchami wiatru. Kabina pilotów została otwarta i mieliśmy możliwość zobaczenia tego, co jest przed nami – obserwowaliśmy jak zbliżamy się do pasa startowego. Lądowanie w Lukli jest ciekawym przeżyciem nawet w tak dobrych warunkach, jakie nam sprzyjały tego dnia. Doznania potęguje bliskość gór przy podejściu do lądowania i odczucie, że samolot nie będzie w stanie wyhamować przed ścianą góry. Wszystko jednak poszło sprawnie i po chwili mogliśmy z płyty lotniska obserwować jak kolejne samoloty podchodzą do lądowania, lub zaczynają start, który też warto było przeżyć.

Tego dnia nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zwiedzenie Lukli, gdyż zaraz po odebraniu bagażu i przekazaniu jego części naszym tragarzom, ruszyliśmy w kierunku wioski Phakding, w której mieliśmy spędzić pierwszą noc. Wioska jest położona znacznie niżej niż Lukla (na wysokości 2610m n.p.m.), więc większość trasy prowadziła raczej po równym terenie. Cały dzień był bardzo słoneczny i ciepły, natomiast standardowo o tej porze roku, wieczorem dało się odczuć nadciągający chłód. Pierwszy nocleg mieliśmy w loggiach prowadzonych przez 2 kobiety. Było to miejsce bardzo zadbane, schludne z bardzo przestronną stołówką.

W pomieszczeniu panowało przyjemne ciepło. Rozsiedliśmy się wygodnie przy stołach, zjedliśmy ciepłe posiłki przygotowane przez właścicielki, po czym racząc się jakimś lokalnym trunkiem, którym zostaliśmy poczęstowani, w wesołej atmosferze planowaliśmy kolejny dzień wędrówki. Dzień skończył się zabawnie, gdyż niewiele brakowało aby jeden z towarzyszy podróży zaręczył się z właścicielką loggii.  Wczesnym rankiem opuściliśmy loggię w Phakdind i udaliśmy się w kierunku Namche Bazar.

Namche Bazar to spora miejscowość leżąca na wysokości 3440 m n.p.m. w Parku Narodowym Sagarmatha. Jest najlepiej rozwiniętą miejscowością na trasie trekkingu do bazy pod Mount Everest. W Namche Bazar znajduje się baza wojskowa, ale jest to przede wszystkim ośrodek turystyczny, w którym można się zaopatrzyć w wyposażenie potrzebne podczas wyprawy. Wieczór poświęciliśmy na obejście straganów i uzupełnienie sprzętu, zaś wczesnym rankiem udaliśmy się na „spacer” do wioski Thame w celach aklimatyzacyjnych.

Wędrówka do Thame i z powrotem zajęła nam cały dzień. Pogoda znów dopisała. Piękne widoki uwieczniliśmy w kadrze aparatu fotograficznego a po powrocie do Namche Bazar zajęliśmy się przygotowaniem do dalszego trekkingu. Wieczór był bardzo chłodny, noc zimna. Loggie nie są ogrzewane, często nad ranem szyby wewnątrz pomieszczenia pokryte są szronem. Doświadczona noclegami w Himalajach indyjskich, gdzie spędzaliśmy noce pod namiotami w minusowych temperaturach, postanowiłam zaopatrzyć się przed wyjazdem do Nepalu w ciepły, puchowy śpiwór. Dzięki temu mogłam się wysypiać komfortowo, nawet w takie zimne noce.

Cdn…