Spitsbergen – pory roku

Arktyka to dzika kraina lodu, gór i wody. Zmienia swoje oblicze w zależności od pór roku i od pogody. Ciąg dalszy relacji Małgosi Błaszczyk z rocznego pobytu w polskiej stacji badawczej na Spitsbergenie…

Lato 

saxiraga_caespitosa_(skalnica)_&_xantoria_elegans_zmniejszacz-pl_13801Wbrew wyobrażeniom niektórych moich znajomych, nie wyjechałam na Księżyc. I tętni tu, przynajmniej podczas lata, bogate życie. Mnóstwo ptactwa, tzn. przeurocze alczyki, przypominające z wyglądu pingwiny, czy ogromne mewy – larusy, które jajka połykają w całości. Najgorsze są rybitwy popielate, które potrafią w miejscu zmienić kierunek lotu o 90 stopni i dziobią po głowie, jeżeli ktoś zbliża się do ich gniazd. P1000349_zmniejszacz-pl_148511

Roślinność też niczego sobie, mchy, porosty, kwiaty, grzyby, trawa, wierzba. Nie znam się za bardzo, ale co nieco na zdjęciach pokazuję. Jak to wszystko przeżywa 2/3 roku pod pokrywą śnieżną, aby zakwitnąć podczas krótkiego lata, tego to ja nie wiem. Niestety robi się tu już jesiennie, tundra usycha, rzeki zwijają swoje warkocze i krajobraz przybiera barwę brązu. Wkrótce wszystko zniknie pod pierzyną śniegu…

Wycieczki górskie

P1000977_zmniejszacz-pl_952356Nieliczne wolne chwile spędzamy poza bazą, czyli robimy sobie wycieczki. Góry są tutaj zerodowane i niełatwe do łażenia. Skała bardzo krucha. Trudno sobie wyobrazić jakąś klasyczną wspinaczkę. Chodzenie po grani wyglądającej na dwójkową wymaga skupienia i czujności jak na „czwórce”. Pozornie pewne kamienie pękają niepostrzeżenie i wylatują spod nóg. Ale wspinaczka na pobliskie szczyty dostarcza zarówno dużo wrażeń ekstremalnych, jak i estetycznych. Z wysokości 500-700 m n.p.m. widać niesamowitą przestrzeń i charakterystyczną tutaj sieć lodowców typu spitsbergeńskiego, poprzecinaną wystającymi nunatakami. Widoki przepiękne. Powietrze jest tak czyste i przejrzyste, że odległe o kilkanaście kilometrów szczyty wydają się być na odległość ręki. A ile radości daje zjazd z góry po zalegających w żlebach resztkach śniegu! Oczywiście na pupie.

 Jesień

P1010333_zmniejszacz-pl_823531Pierwsze trzy tygodnia września ciągle w chmurach i opadach. Może ze dwa razy słoneczko widziałam. Do tego silne wiatry i fala, która zjada nam wybrzeże. Erozja jest tu widoczna bardzo. Czasem brzeg zarzucony jest wielkimi kamieniami, a czasem silna fala czyści plażę do drobnego żwiru i piachu. I trwa odwieczna walka człowieka z naturą. Przez pół wakacji trwała budowa specyficznego falochronu (nazwa techniczna – kosze gabionowe), czyli próba osłonięcia przed morzem naszego budynku, w którym przechowywany jest sprzęt pływający.

Wrześniowy deszcz w ciągu tygodnia zrobił na lodowcu czystkę kompletną, czyli zmył z części ablacyjnej (czołowej) śnieg, z którym przez całe lato nie poradziło sobie słoneczko. Już myślałam, że nie poczuję na moim zimowaniu tego, co nazywają szklanką. Czyli powierzchni lodowca tak wygładzonej i śliskiej, że bez raków ani rusz. No a jednak się załapałam. Po deszczach ślizgawka była taka, że chodzenie bez raków, nawet na płaskiej powierzchni lodowca groziło mocnym obiciem. A lodowiec zaniebieszczył, odkrywając do tej pory niewidoczne.

P1000194_zmniejszacz-pl_38691Na dotychczasowe pytania o to czy dużo mamy śniegu, do tej pory padała odpowiedz ze nie mamy wcale. Ale ten letni stan pogody uległ zmianie. 22 września poprószył pierwszy śnieg i kolejne pomiary na lodowcu obyły się bez raków. Natomiast tydzień później kolejna niespodzianka, i kolejny opad śniegu, który zmienił cały lodowiec w pokrytą śniegiem pustynię. Ku naszemu zdumieniu niewielki, dwudziestocentymetrowy opad śniegu, w połączeniu z wiatrem, przykrył nawet szczeliny dwumetrowej szerokości. Prawie po całym lodowcu, oprócz mocno uszczelnionego czoła, można już jeździć na skuterze. Utrudnieniem podczas pomiarów jest lekkie zachmurzenie i opad powodujący kompletny blackout. Tzn. że nie widać tej delikatnej różnicy w kolorze śniegu i obniżeń sugerujących obecność szczelin. W pobliżu jednej tyczki, wiedząc o pobliskich szczelinach, decydujemy się na zejście ze skutera. Robimy kilka kroków, ale kiedy nogi zapadają się poważniej niż sugerowałby opad śniegu, wracamy czym prędzej na skuter.  Na własnej skórze sprawdziliśmy, że bynajmniej nienajlżejszy wehikuł ma pięciokrotne mniejszy nacisk na jednostkę powierzchni, niż człowiek. No cóż, dopóki śnieg się dobrze nie zestali, czeka nas ostrożna jazda bez trzymanki i chodzenie na smyczy, czyli z liną.

Ubiór

P1000569_zmniejszacz-pl_781866Jako kobieta, nie odmówię sobie kilku słów na temat ciuchów. W bazie, wiadomo, ciuchy w miarę domowe, w teren ciuchy terenowe, w zależności od temperatury i wiatru, w wersji letniej lub zimowej. Do „brudnej” roboty – ubranie robocze, również w dwóch wersjach w zależności od temperatury i wiatru. A do karmienia psów, z racji ich swojskiego zapachu – odrębny strój. W teren, zapasowe skarpety, i 2 pary rękawic bo przemakają przy robocie. Z butami to samo, 4 pary. I jeszcze to ciągłe wiązanie sznurówek przed każdym wyjściem z bazy. Jeżeli dodać czasem błoto tundrowe, okazuje się, że najwygodniejszym i najpraktyczniejszym tutaj obuwiem są zwykłe, ocieplane gumowce, które odziewa się szybciutko. A po każdym przyjściu z prac terenowych wiadomo, pranie (wszędobylksi zapach benzyny i spalin ze skuterów) i suszenie. I tak w koło Macieju…

Chłody

Jak do tej pory, mój pokoik ogrzewało powietrze korytarza. Niestety, pierwszego października nastąpiła inauguracja ogrzewania i włączyłam kaloryfer. Zapanowały kilkustopniowe mrozy, śnieg sypnął, cóż jesień (spitsbergeńska) idzie, nie ma na to rady…

Wilczek i ostatni goście

P1020177_zmniejszacz-pl_27704Z okazji 50-lecia protestanckiej parafii w Longyearbyen – stolicy Szpitza – odwiedziła nas całkiem pokaźna grupa gości. Razem z nimi przyleciał ksiądz z Tromso, z kolei my jesteśmy częścią jego parafii katolickiej. Tradycyjnie uroczysta msza pod krzyżem na Przylądku Wilczka.

Od rana przygotowania do wizytacji Przewielebnego, a tu o 8 rano przez radio odzywa się jakiś norweski statek wojskowy. I zgłasza nam, że wysłał na brzeg dwa pontony oficerów. I przerażenie, nabrudzą, zjedzą całe ciasto!!! Na szczęście sytuacja lodowa nie pozwoliła im dopłynąć do brzegu. Ja rozumiem polską tradycję, ale tacy nieproszeni goście w liczbie 20 i to o 8 rano!!! Fajna niespodzianka, nie powiem.P1020501_zmniejszacz-pl_904107

Jednym z tzw oficjalnych gości był eks-pastor (w Norwegi pastorowanie jest zawodem uprawianym “czasowo”), który przeżył katastrofę helikoptera na lodowcu w 1979 roku, spowodowaną white-outem. Starszy już pan ze łzami w oczach opowiadał o tragedii, śmierci pilota i wielogodzinnym oczekiwaniu na pomoc, która nawet nie wiadomo czy nadejdzie.

Po południu odleciał jeden helikopter z Przewielebnymi. To ostatnia już grupa „letników” przywiozła polsko-amerykańsko-szwedzko-szkockie bakterie (niestety będąc na tym skrawku ziemi nie uodparniamy się na bieżące wersje wirusów. I jakoś niewyraźnie się czuję). Odwiedziłam z gośćmi dwie jaskinie, Crystal Cave i Ptasi Móżdżek będącej częścią systemu drenażu wodnego Lodowca Hansa. 19 października ostatni goście odlecieli helikopterem i zostaliśmy sami we własnym sosie. Czyli zaczęło się prawdziwe zimowanie.

 Co poza tym?

P1030121_zmniejszacz-pl_667163We wrześniu odbyliśmy jeszcze parę wycieczek pontonowych. I pomagałam w wykonywaniu pomiarów georadarowych na przedpolu Lodowca Wereskiolda. Wrześniowe zachmurzenie nie pozwoliło na efektowne zorze, ale w październiku  zaświeciły całkiem  ładne.

Lód z lodowców gromadzi się w zatoce. Ale daliśmy radę i odebraliśmy szczęśliwie paliwo ze statku i możemy teraz spokojnie zimować – jak twierdzi nasz mechanik – nawet dwa lata.P1020281_zmniejszacz-pl_946497

Długie wschody i zachody zapewniają pastelowe kolory jak z mickiewiczowskich pana – tadeuszowskich opisów przyrody.   30 października nastąpi zachód słońca (do lutego), ale jeszcze przez jakiś czas nasza gwiazda będzie niewiele poniżej horyzontu i przez parę godzin będzie jasnawo.

Warzywa i owoce niestety podlegają psuciu więc utylizujemy marynując, zamrażając czy wkładając w słoiki. Jeziorka zamarzły i trzeba oszczędzać wodę. Ale za to kilka razy pojeździłam na łyżwach. Pies Rudy nauczył się ostatnio wydostawać z obroży, z której to umiejętności korzysta chętnie.

No i październik jest śliczny. Chociaż kilkustopniowe mrozy w połączeniu z silnymi nieraz wiatrami dają w kość.

Jesień to czy zima?

P1030165_zmniejszacz-pl_83547628 październik. Ostatni w tym roku zachód słońca. To wielkie wydarzenie uczciliśmy filmem, w którym “Obcy” podczas nocy polarnej zjada po kolei wszystkich członków wyprawy, na stacji naukowej na Antarktydzie. Obcy przybywa do stacji w skórze niewinnego psa. Potem miałam dyżur i starałam się nie wyglądać za okno, co by w afekcie nie zastrzelić któregoś z naszych psiaków.

Przewidywana data kolejnego ujrzenia Matki Gwiazdy – 14 lutego. Nie znaczy to, że mamy tu ciemności egipskie. Przez kilka godzin południowych światło dnia pozwala jeszcze na pomiary bez wspomagania światłem sztucznym.P1030472_zmniejszacz-pl_381673

Dziesięciostopniowe mrozy na lodowcu mają swoje plusy i minusy. W wyższej części lodowca szczeliny nawet dwumetrowej szerokości, totalnie zabetonowane. Znacznie skraca to nasz czas pracy, bo większość drogi można już przebyć skuterem, z tym, że kilkudniowa zamieć utworzyła na powierzchni lodowca betonowe zastrugi, które nie pozwalają na rozwinięcie dużych prędkości, bo skutery mogłyby tych wstrząsów nie przeżyć. A czoło lodowca pozbawione zostało wszelkiej pokrywy śnieżnej i dalej przemieszczamy się w rakach. Wycieczka na lodowiec kończy się tradycyjnie praniem odzieży przesiąkniętej zapachem benzyny i spalin. Doświadczeni zimownicy sugerują, żeby z tym nie walczyć, a raczej się przyzwyczajać.

P1050373_zmniejszacz-pl_955235Kolejne kontrasty Arktyki czyli niezmiernie czasem zadziwiająca zmienność natury. O ile nie dziwi tygodniowa zamieć, o tyle intrygują następujące po sobie naprzemiennie dni pogody i niepogody. Słoneczko, zero wiatru, pogoda idealna do niwelacji (takie sobie geodezyjne pomiary), następna doba pełna wiatru, chmur i śniegu, a za nią kolejna doba, znowu słoneczna i bezwietrzna, i znowu zamieć. Nawet w Polsce trudno o taką zmienność pogody. A może nie? Tylko w tym ciągłym biegu pomiędzy domem i pracą człowiek jej nie dostrzega? Odsunięty od kontaktu z naturą szybami autobusów i tramwajów.

P1030236_zmniejszacz-pl_157470W terenie raz śnieg po kolana i głębokie zaspy, innym razem śnieg wywiany do morza i goła tundra. Tylko wokół bazy, nienaturalnej przeszkody na drodze przetaczających się wiatrów, tworzą się metrowe zaspy. Po każdym większym opadzie trzeba odśnieżać wszystkie wyjścia. Problemów z tym nie ma, bo po 3 dniach zamieci, bez wychodzenia z bazy, chętnych do ruchu nie brakuje. Podobnie jest z ładowaniem lodu na wodę. Jako że jeziorko już dawno zamarzło, musimy co kilka dni napełniać nasz zbiornik śniegiem lub lodem z lodowca (morze wyrzuca na brzeg bryły lodu, a nasz traktor zaciąga je pod bazę). Prześliczne są te bryły lodu pamiętające bitwę pod Grunwaldem.

P1030376_zmniejszacz-pl_346889W ogóle przyznać trzeba, październik był piękny w porównaniu do zasnutego niskimi chmurami i zmoczonego deszczami września. Listopad to na przemian piętnastostopniowe mrozy przynoszone ze wschodu z zerowymi temperaturami przy wiatrach zachodnich. Prąd Zachodniospitsbergeński – ciepła odnoga Golfsztromu – powoduje, że zima jest tu stosunkowo ciepła. Natomiast wychłodzenie morza następuje dopiero w styczniu i lutym, co skutkuje większymi mrozami, zarówno tutaj jak i w kraju. Bo klimat Arktyki niewątpliwie wpływa na naszą część Europy.

Kolekcja ubraniowa uległa zamianie, do szafek pochowały się cienkie ubrania robocze, a światło dzienne ujrzały zestawy ciepłe. Okulary przeciwsłoneczne zastąpiły gogle (nieodzowne przy jeździe na skuterze). Raki i uprzęże chwilowo na wygnaniu, na rzecz polarowych masek na twarz. Buty trekingowe zastąpiły ciepłe norweskie skarpety i myśliwskie buty typu Hanter. Bo temperatura odczuwalna przy piętnastu stopniach mrozu i prędkości skutera 30 km/h to „tylko” jakieś -35 stopni. A przed wyjazdem w teren – pamiętanie o naładowaniu baterii do GPS-a różnicowego, GPS-a turystycznego, czołówki, aparatu, radia, telefonu satelitarnego i akumulatorów do wymiany na lodowcu. Uff, jest tego trochę. Podstawowy ekwipunek lodowcowy zawiera jeszcze ogrzewacze chemiczne, zapasowe czapki i rękawice i parę innej drobnicy. I tak co kilka dni.

Dyżur

P1040186_zmniejszacz-pl_187529Dyżur to straszna sprawa. Mamy je co 8 dni. Początkowo, po wyjeździe kucharza były one niewątpliwie stresujące. Sztuką jest zrobienie posiłków dla 9 osób tak, żeby o jednej godzinie wszystkie dania wylądowały gorące na stole. Bo kto wie ile potrzeba czasu żeby ugotować wielki gar ziemniaków i zrobić wszystko świeżutkie. Wpadki się zdarzają, bo co niektórzy znajdują się dopiero na początkowym etapie swojej kariery kucharskiej. I nikt z nas dla dziewięciu osób na co dzień nie gotuje. Ale po kilku dniach spędzonych w kuchni można powiedzieć, że dajemy sobie radę. Dyżurnego denerwują ludzie kręcący się po bazie jak mrówki, które tylko w poobiedniej porze sjesty zalegają na trawienie. I ten właśnie moment trzeba szybciutko wykorzystać na sprzątanie. Mesa, jadalnia, kuchnia, korytarze, łazienki, WC. Baza ma długość 50 metrów, a drugie skrzydło jakieś 30 meterków. No, jest co robić podczas dyżuru, oj jest.

Bazunia

04_mesa_zmniejszacz-pl_582726O Polskim Domu pod Biegunem dużo pisać nie będę. Zapraszam do galerii ze zdjęciami z wnętrza naszej bazuni. Pompy, hydrofory, sieć ogrzewania, to wszystko początkowo strasznie skomplikowane dla średnio inteligentnej blondynki. Na co dzień nikt z nas się nie zastanawia czy woda jest w zbiornikach i odpowiednie ciśnienie w rurach, czy wodociąg nie zamarzł, czy aparatura badawcza nie „siadła” przy przełączaniu agregatorów lub czy śnieg zasypie psie budy.

Na ciepło panujące we wnętrzu bazy większy wpływ od temperatury ma chyba wiatr. Baza jest drewniana i ze względu na wieczną zmarzlinę, postawiona na palach. A więc wiaterek trochę ją wyziębia, zwłaszcza przy podłodze. Ale bez przesady, w czapkach nie chodzimy. Czasem trzeba polar ubrać i już.

A tak ogólnie to w końcu dopadł nas spokój. Zero gości, mniej pracy. No i sen trwa trochę dłużej niż latem. Czasem i 10 godzin mogę przespać. W długie zimowe wieczory organizujemy “pogadanki”. Pierwszą przeprowadził nasz toprowiec. O odmrozeniach i wychłodzeniu, czyli jak sie nie dać Dziadkowi Mrozowi.

Egipskie ciemności

P1030648_zmniejszacz-pl_324202Słoneczko zaszło z końcem października, ale ciemność prawdziwa nastała z końcem listopada i trwała do drugiej połowy stycznia. Objawy fizyczne braku słoneczka, to oczywiście zwiększona senność. Bez 9 godzin snu dziennie nie byłam w stanie myśleć. Fizycznie też zwolniliśmy, minimalizując nasze wyjścia na zewnątrz. Nie znaczy to, że nic nie robiliśmy, ale z racji ciemności pracy jest po prostu mniej.

Zima tu jest zmienna jak i w Polsce. Po miesiącu silnych mrozów (-15, -20) nastał okres cieplejszy i temperatury zerowe. Potem znowu mróz i tak w koło Macieju. Na razie przeżyłam pomiary na lodowcu przy temperaturach poniżej -20 stopni i wiaterku dającym temperaturę odczuwalna prawie -40. W zasadzie wystarczy się odpowiednio ubrać i jest ciepło. Marzną tylko kończyny, stopy i dłonie, zwłaszcza jak na chwilę trzeba ściągnąć rękawiczki przy pomiarze. Poczuliśmy różnicę jak zelżało do -13. Natomiast większym dyskomfortP1030531_zmniejszacz-pl_765456em od mrozów jest ciemność. Jeżeli jest bezchmurnie to nawet podczas nowiu widać zarysy gór i lodowiec oraz czy jedzie się pod górkę czy w dół. A przy księżycu! Bajka! Bezchmurne niebo umożliwia obserwację różnych zjawisk na niebie, np. Plejady chowające się za księżycem, Leonidy spalające się w atmosferze.

Natomiast przy zachmurzeniu albo nawet niewielkim wiaterku, zamiatającym śniegiem po lodowcu, widoczność zanika, zmysł orientacji siada i pozostaje już tylko GPS. A wiaterek robi na lodowcu dużą robotę, zabierając śnieg z jednego miejsca i deponując go w innych. Zdarza się, że widoczność w bazie super, niebo bezchmurne, a po powierzchni lodowca przetaczają się płatki śniegu zmniejszając widoczność do najbliższych metrów. W szarówce człowiek traci poczucie horyzontu i czuje się jak zawieszony w przestrzeni.

Baza nocą jest oczywiście oświetlona; również na zewnątrz, przy głównych wyjściach ciągle palą się lampy, żeby w razie wyjścia nie natknąć się na misia. Karmienie psów podczas bezchmurnej nocy nie jest problemem, natomiast przy zamieci czy zawiei nie widać było budy z odległości 2 metrów. Na szczęście te zamiecie i silne wiatry nie są tu notoryczne. No i w trudnych warunkach wychodziłam do psów z obstawą.

Noc w stacji

P1040079_zmniejszacz-pl_765388Ledwie w listopadzie znalazłam miałam czas żeby poukładać wszystko wokół siebie, po całym zwariowanym lecie i jesieni, a już zaczęła się gorączka świąteczna. 9 grudnia mieliśmy świąteczną wizytę gubernatora, pastora ze stolicy Spitsbergenu – Longierbyen i polskiego księdza z Tromso. I oczywiście innych dostojnych gości, bo helikopter wozi 12 osób. Potem przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia. Bigosy, pierniczki, ciasta. Choinka też oczywiście była. I opłatek, i życzenia, i prezenty i karp. I śniegu za oknem dużo i mrozik. A w bazie ciepło i serdecznie, żeby nie było, że same dzikusy te „polarniki”. Niezmierną wygodą w bazuni, był brak biegania po sklepach. Potrzebujesz czegoś – spacerek do magazynu i jest. To duża ulga, zwłaszcza dla portfela.

15_zmniejszacz-pl_406200Święta minęły, przyszedł Nowy Roczek, głośno powitany. Jednak nasze wystraszyły nie odstraszyły upierdliwego misia, który kręcił się przy bazie kilka dni, nie reagując specjalnie ani na hałas, ani na rakiety. Nawet po salwach gumowych naboi w tyłek wracał pod bazę. Mamy pewne domysły, co do tego, że nasz misiu był po prostu głuchy. Nastał czas grozy. A wszelkie wyjścia nawet na 20 metrów od bazy odbywały się pod obstrzałem. Misiu coś wymodził z nasza anteną satelitarną i zostaliśmy odcięci od neta, czyli od świata, a wyprawa naprawcza do anteny odległej o 100 metrów, odbyła się w obstawie skuterów. Zgodnie z zaleceniami gubernatora, takie przypadki natarczywych misiów należy tresować tzn. strzelać z naboi gumowych i straszyć P1040652_zmniejszacz-pl_665591skuterami tak długo, aż misiu się nauczy omijać człowieka szerokim łukiem. Jeżeli to by nie pomogło, Norwedzy przylecieliby helikopterem i misia przepędzili. Odstrzał dzikiego zwierza jest naprawdę ostatnim krokiem, ponieważ misie są pod ochroną. Na swoje szczęście niedźwiadek po kilku dniach w końcu sobie poszedł.

Oczywiście nie brakuje okazji do świętowania: Andrzejki, półrocze od wypłynięcia, połowa zimowania, urodziny, imieniny, Sylwester. I Mikołaj też do nas przyszedł. Do tego Międzynarodowy Dzień Sekretarki, Dzień Depresji polarnej, Dzień Pluszowych Misiów, Dzień Polarnika. Okazji do spotkania się nie brakuje. Prezenty urodzinowe produkujemy na miejscu, każdemu wg potrzeb a trzeba przyznać, że pomysły są „celne”, a wykonanie perfekcyjne. Chłopaki wyciągnęli stary adapter i cały stos płyt winylowych, tworząc w bazie niepowtarzalną atmosferę retro. Odbył się również Dzień Hinduski ze zdjęciami z Indii i lokalnymi przysmakami. Potem dzień Meksykański z potrawami i fotami z Meksyku.

Słońce

P1040838_zmniejszacz-pl_557679A jak już oswoiliśmy noc, zaczęło się rozjaśniać. Już od drugiej połowy stycznia jasność w okolicach południa. Pierwszy wschód słońca nastał 12 lutego. A tak naprawdę 14-go, ale ze względu na refrakcję słoneczko widoczne by było 2 dni wcześniej, gdyby tylko na to pozwoliły chmury. Dnia przybywa w piorunującym tempie, wędrówka słońca po niebie wydłuża się o pół godziny dziennie. No, ale jak już pod koniec kwietnia ma nastać dzień polarny i słońce nie będzie zachodzić…P1040613_zmniejszacz-pl_781196

Południe Spitsbergenu ogarnęły też od południa lody, przynosząc nam watahy misiów. Przez parę dni z rzędu mieliśmy po kilka wizyt dziennie. Na szczęście większość z nich omija bazę z daleka, choć zdarzają się też bardziej ciekawskie. Ostatnio jeden zamiast wystraszyć się skuterów, zaczął za nami biec!!! Dobrze, że nie włączył piątego biegu, a biegać misie potrafią! Czasem nasze psy ledwie im potrafią uciec. Dwa najmłodsze kundle na początku nie szczekały jak misie do nich podchodziły, zapewne chcąc się bawić. Ale po kilku lekcjach, nauczyły się od starszych i bardziej doświadczonych, że na misia się szczeka.

No i tyle na temat polarnych ciemności. Przeleciało tak szybko, że aż szkoda… Zostało tylko trochę zdjęć na pamiątkę.

Zimowanie już za nami

P1050587_zmniejszacz-pl_493910W stolicy Svalbardu, Lonyearbyen, siedzą już wiosennicy, czyli wiosenna grupa naukowa. Jak pogoda pozwoli, za 3 dni dotrą do nas skuterami i żegnaj spokoju. Pięć osób (w tym dwóch Hiszpanów) z bogatym programem naukowym, na pewno zaburzy nasz wypracowany miesiącami rytm życia. Cóż, taka kolej rzeczy.

Spitsbergen zimowo-wiosenny jest właśnie taki, na jaki czekałam. Biel i błękit w przeróżnych odcieniach. Oczywiście, kiedy nie ma chmur i nie sypie śniegiem. O wietrze nie wspominam, bo jest tu raczej normą. Znowu widać za oknami nasz najwyższy szczyt południowego Spitsbergenu – Hornsundtindt, pojawiają się tez pierwsze okazy ptactwa. Misie przechadzają bliżej lub dalej od stacji, w zależności od sytuacji lodowej u wybrzeży. Czasem przez tydzień nie ma żadnego, czasem obserwujemy kilka dziennie.P1050558_zmniejszacz-pl_516071

Wykonałam też jedną wycieczkę narciarską do pobliskiego Husa. Kilkanaście kilometrów w jedną stronę, po trzymiesięcznym leżakowaniu, to wielki wyczyn. Opłacało się. Wprawdzie wycieczki skuterowe pozwalają na szybkie odwiedziny dalszych miejsc. Ale wędrówki piesze dają lepszy kontakt z naturą. Ptactwo, stadka reniferów, liski. To wszystko niestety unika, kiedy pędzi się na hałaśliwym skuterze. No i zasłużona herbatka w Husie, w którym czapkę i rękawiczki można było ściągnąć dopiero po całonocnym paleniu w piecu.

Niesamowite jest tutaj, na dalekiej północy, w jakim tempie przybywa dnia. Sześć tygodni temu po raz pierwszy zobaczyliśmy słońce, a już za trzy tygodnie zacznie się dzień polarny i nasza gwiazda przestanie zachodzić. Widzę wyraźnie z dyżuru na dyżur, jak bardzo nocy ubywa, gwiazdy bledną, a ciemności od kilku dni właściwie już nie ma. Zorze niestety też już przeszły do historii. Czy jeszcze je kiedyś zobaczę?

P1050305_zmniejszacz-pl_116140Z przybyciem słoneczka przybyło energii. Wyjście z budynku w celu nakarmienia psiarni, nie jest już ekstremalnym wydarzeniem dnia. Zamiecie występują nadal, ale przy panującej jasności znosi się je inaczej. Szczeliny na lodowcu w końcu też zasypało, mosty twarde, jazda jest już przyjemnością. Śniegu wokół bazy ciągle dosypuje, a odkopywanie drzwi to syzyfowa praca, którą najpewniej zniweczy kolejna zamieć. Ale kopać trzeba.

Jak podsumować noc polarną to widzę wyraźnie jak zmniejszyło się moje zapotrzebowanie na ilość snu. Ile rzeczy chętniej robię, i ile więcej. Zimą do wielu rzeczy musiałam się zmuszać. Życie ograniczało się do spraw wokół siebie, prania, jedzenia. Oczywiście każdy z nas wykonywał swoje obowiązkiem natomiast trudniej było o jakieś wielkie zaangażowanie w rzeczy, które mogły poczekać na później. Dopiero teraz zabrałam się za wiele rzeczy, na które nie miałam czasu jesienią i odłożyłam na spokojną zimą. Nie znaczy to, że nic nie robiłam, ale brakło na przykład energii na wysiłek mózgowy pt. nauka hiszpańskiego. No ale za trzy dni wpadną tu dwaj Hiszpanie i nauka przyjdzie sama.P1060365_zmniejszacz-pl_23605

Wraz z nocą polarną skończyła się również Niewolnica Isaura. Nie żartuję, chodzi o „kultowy” serial sprzed ponad dwudziestu lat. Ale w wydaniu specjalnym. Bowiem w 2008 roku Telewizja Silesia przygotowała wersję językową w gwarze śląskiej. Do 30-tu półgodzinnych odcinków głosów użyczyli śląscy aktorzy: Joanna Bartel i Krzysztof Hanke,  znani jako Andzia i Bercik. Oczywiście tłumaczenie śląskie pełne było takich perełek jak ta, gdy Leoncio zwraca się do Isaury: „Jak Cię widza, to serce mi klupie, jak stare piwo w browarze w Tychach”.

Spowszedniały też dyżury i gotowanie obiadów. Nie ma już tych emocji, które towarzyszyły na początku. Czy obiad wyjdzie? Czy zdąży się na czas? Ile obrać ziemniaków? A czas przygotowania posiłków zmniejszył się z sześciu do trzech godzin. Trening czyni mistrza… Fakt, że coraz mniej świeżych warzyw, a więcej mrożonek i słoików; zatem odpadł etap obierania. Ale teraz już nie groźne gotowanie dla pięciu osób więcej.

Jejku, jejku jak to zleciało !!!! Już czerwiec, wkrótce gorączka pakowania, przygotowywania bazy do przejęcia i pożegnanie z Zimnym Lądem.

Wiosna

P1050846_zmniejszacz-pl_649704Kwiecień był przepiękny i stabilny jak pory roku w krajach zwrotnikowych. Wyż nie odpuszczał do końca miesiąca. 308 godzin słonecznych (dla porównaniu w maju-116 godzin). Chmury gościły na niebie z rzadka, a temperatura ustabilizowała się na jakiś -15 stopniach z kilkustopniowymi odchyleniami. Czasem powiało, ale w porównaniu z chimerycznością pogody w ciągu całego roku, wiosna była przepiękna i zaskakująco stabilna.

Obecnie jest pierwszy tydzień czerwca i w końcu można powiedzieć, że zapukała do nas spitsbregeńska wiosna. Wprawdzie jeszcze dzisiaj, 7 czerwca z nieba spadają drobne płatki śniegu, ale z dnia na dzień widać zmiany na tundrze. Śnieg znika, tworzą się wielkie kałuże, dalsze spacery albo na nartach, albo w gumowcach, a chodzenie wiąże się z zapadaniem po kolana w mokrym śniegu. Gdzieś w połowie maja zaczęło rozmarzać nasze jeziorko, i znów uruchomiliśmy wodociąg. Zakończyły się zatem zajęcia integracyjne z serii ładowanie śniegu do zbiorników.5958_Gosia_zmniejszacz-pl_316314

Otwieram okno w pokoju i znowu czuję się jak na farmie. Pojawiło się już ptactwo, alczyki, larusy, gęsi, kaczki i wredne rybitwy. Zaskoczeniem była dla mnie śnieguła, ptak, który łudząco przypomina skowronka. Wychodzi człowiek na dwór, dookoła jeszcze pełno śniegu, a nad głową ten charakterystyczny dźwięk polskich pól. Odwiedzają nas też renifery, drażniąc swoją obecnością nasze psy. Zakwitła już także różowa saxifraga. Zatoka chwilowo wolna od P1000601_zmniejszacz-pl_905684lodu, ale to się zmienia bardzo szybko, jeszcze w maju zatoka cała zapchana była lodem.

Dwa dni temu okrzyk „jesteśmy uratowani”, do fiordu wpłynął stateczek. A zaraz za nim polski jacht „Eltanin” i znajomi z pocztą, czyli świeżą dostawa gazet.

Pokój mam od południa, słońce świeci zatem w okno tylko w dzień, ale jasno jest przez całą dobę. Trochę tęsknię za zwykłymi nockami, ponieważ ich brak powoduje brak odczucia upływu czasu. Tak jakby ciągle był ten sam dzień tygodnia. Jeszcze niedawno był kwiecień, a już jest czerwiec. Końcowe odliczanie, za miesiąc statek powinien już na nas czekać… Planowo wypływamy 9 lipca.

Nauka

P1050813_zmniejszacz-pl_626955W kwietniu i maju gościły w bazie grupy naukowe z kilku ośrodków akademickich, w tym Hiszpanie oraz Luksemburczyk. Więc roboty w terenie było dużo. Trochę obawialiśmy się bakterii i wirusów, jakie przywiozą nam goście. Okazało się jednak, że nasze organizmy nie były całkiem wyjałowione, za to Hiszpanie mieli problem z dostosowaniem się do wiosennych temperatur.

Kilka słów na temat badań, bo to często dziedziny obce przeciętnemu obywatelowi nadwiślańskiego kraju, w którym lodowce stopniały jakiś czas temu…

IMG_1162_szurf_zmniejszacz-pl_912108Radarowanie (badanie struktury termicznej i głębokości lodowców) polegało na jeżdżeniu skuterem wzdłuż i w poprzek lodowca z zawrotną prędkością 15 km/h. Za skuterem ciągnęły się dwie pary sań, na których zainstalowano dwa radary z mnóstwem kabelków i innych dziwnych urządzeń. Odniosłam jednakże wrażenie, że  od samego jeżdżenia gorsze było rozkładanie i składanie tego ustrojstwa, często bardzo delikatnego, jak np. rozwijanie światłowodów. Długość całego przedsięwzięcia potęgowało ściąganie rękawiczek do prac manualnych, wszystko w temperaturze -20 stopni. Ogrzewanie dłoni, chuchanie, kontrola czy wszystko gra… Brrrr… No chyba, że robi się coś, co tajemniczo i naukowo nazywa się Common Midpoint, a przybiera formę 200 przysiadów z radarem, w metrowych odstępach. Ale to już inna historia…

Z innych prac wiosenno-naukowych, to zatapianie w lodowcu nowych tyczek, oraz pomiary ich współrzędnych, do oceny tempa ruchu lodowców. Kolejna praca to kopanie szurfów, czyli dziur w lodowcach. P1050700_zmniejszacz-pl_210109Do tych dziur wchodzą sobie wprawni glacjolodzy, którzy w śnieżnej ścianie wyróżniają poszczególne warstwy lodowca, badają strukturę i gęstość śniegu, czy obecność lodoszreni. Oprócz tego przeprowadza się wiercenia rdzeni lodowych specjalną wiertnią. Rdzenie lodowe są fotografowane a następnie pakowane do późniejszych analiz chemicznych już w warunkach laboratoryjnych. Ponadto sondowanie lodowców, zbieranie próbek wody na przedpolu lodowców do badań chemicznych i jeszcze jakieś inne pomniejsze robótki. Trochę rozrywki nam wiosennicy dostarczyli…

Część z opisanych powyżej prac przeprowadzaliśmy w Bellsundzie. Bellsund to fjord położony ok. 70 kilometrów na północ od naszego fiordu Hornsund. Tam kilka dni mieszkaliśmy w Husie, którym opiekują się Lubliniacy. Oczywiście dostaliśmy się tam skuterami, częściowo jadąc po zamarzniętym fjordzie. Urocze miejsce, nowe wrażenia i nowe lodowce.

Wycieczki

P1000585_zmniejszacz-pl_597732Mieliśmy kilka wiosennych wizyt zagranicznych gości. Przed i po świętach odwiedziło nas na skuterach kilka grup norweskich, a helikopterem przybył niedawno weterynarz, na coroczne szczepienie psów. Norwedzy, którzy odwiedzili nas przed samymi świętami nie znali tradycji malowania jajek. Każdy dostał zatem po jednym do wykończenia.

Nauka zaabsorbowała nas na tyle, że nie było czasu na jakieś dalekie wycieczki. A w maju, jak grupy naukowe nas opuściły, warunki śnieżne znacznie się pogorszyły. Do tego inwentaryzacje, spisy, likwidacje. A czas leci. Ale udało mi się wyskoczyć parę razy na nartkach i zobaczyć kilka nowych miejsc. Z zachowaniem ostrożności, bowiem lawinki schodzą czasem w żlebach. W Lonyearbyen władze same wywołują lawiny armatami, żeby uchronić nagłe ich zejście i zasypanie infrastruktury miasta czy ludzi. Zresztą nie trzeba iść daleko żeby zobaczyć cuda przyrody. Wystarczy pobliskie wybrzeże i już jest jak w bajce. Górki lodowe, podwodny świat szkierów, wyłaniający się przy odpływach, ptactwo, renifery. Trudno będzie się z tym wszystkim rozstać.P1010284_zmniejszacz-pl_329719

XXXI Wyprawa PAN przeszła do historii. Ośmiodniowa podróż powrotna przez Ocean Arktyczny, Morza Norweskie, Północne i Bałtyckie, jak pociągiem po szynach. No może z wyjątkiem dwóch nocy, kiedy delikatnie pobujało. Polska przywitała nas falą upałów. Więc aklimatyzacja z grubej rury i bez litości nad polarnikami przyzwyczajonymi do średniej temperatury rocznej rzędu -2, -3 stopnie. Po powrocie trochę spraw biurokratycznych, spotkania z rodziną i ze znajomymi (nic się nie zmienili) i oswajanie się z teraźniejszością i miastem.

Końcówka na stacji była ostra. Przygotowania bazy dla następnej wyprawy, porządki, ostatnie naprawy i pożegnania z „swoimi” miejscami, pieskami, reniferami i licznym ptactwem. Do tego zapowiedziane dwie ważne wizyty zagranicznych gości. Czyli sprzątanie i pieczenie ciast dla VIP-ów. Z pierwszym zrzuceniem pontonu na wodę, jeszcze zdjęcia fotogrametryczne dla udokumentowania obecnej pozycji klifu Lodowca Hansa. Podczas rozładunku statku „Horyzont”, we fiordzie pojawił się również jacht „Oceania”, prowadzący od lat badania na wodach Spitsbergen oraz dwa inne jachty turystyczne. Ruch jak na Marszałkowskiej.

Krótkie podsumowanie roku

P1030754_zmniejszacz-pl_419057Ulubione programy w TV: „Jak to jest zrobione”, „SmashLab” i „Pogromcy mitów”. Do tego główne tematy rozmów: oczyszczalnia ścieków, komutatory, silniki dwu i czterosuwowe, napięcia linii trakcyjnych w różnych państwach, prądy uciekające, lubrykator, przekładnie, pompy, hydrofory, itd., itp. Średnio pociągające tematy dla średnio-inteligentnej blondynki. Dobrze, że wywalczyłam sobie chociaż pilota na Ranczo…P1020003_zmniejszacz-pl_377508

Śnieg utrzymywał się na tundrze dosyć długo. Ostatni kurs na skuterach z bazy na lodowiec odbyliśmy 11 czerwca. Ostatni śnieg na wyprawie 16 czerwca. Nauczyłam się na wyprawie kilku nowych słów np. kriokonity, konkrecje i zbiorowiska ornitokoprofilne. Od połowy maja woda z jeziorka zasilana była biologicznie przez wszelkiej maści ptactwo i renifery. Mam nadzieję że nie dopadła mnie zatem żadna ptasia grypa. Przez cały rok nie bolały mnie zęby, ale czuję, że to górna granica „gwarancji” na bezbolesny uśmiech. Zanotowaliśmy na wyprawie 100 misiów, z czego długo wyczekiwany setny osobnik odwiedził nas dzień przed wypłynięciem. Do tego 5 kilo nadwagi, tysiące zdjęć, mnóstwo wspomnień i garść wartościowych przyjaźni i znajomości.

Oczywiście było trochę chwil trudnych. Czasem zastanawiałam się, czy pasji zawsze musi towarzyszyć tyle emocji? Ileż razy zadaje sobie w trudnych warunkach żeglarz czy himalaista pytanie „co ja tu do cholery robię????” Ile razy ja marzłam na pomiarach tyczek na lodowcu, przy odczuwalnej temperaturze poniżej -30 stopni, myśląc to samo. Ale coś mi mówi, że za miesiąc, dwa, znowu zatęsknię…

THE END

W tej chwili Gosia jest w drodze do chilijskiej stacji wojskowej w Paradise Bay na Antarktydzie. Czekamy na relacje z pobytu po drugiej stronie kuli ziemskiej.

Zachęcam również do obejrzenia galerii zdjęć z Arktyki na Pikasa – galeria Gosi.