W krainie lodu – Antarktyda

Tym razem zapraszam na wspomnienia Gosi Błaszczyk z pobytu na Antarktydzie. A więc zacznijmy od początku jej wspomnień, czyli w jaki sposób się tam znalazła…

Zostałam zaproszona przez Michała – kolegę Polaka pracującego w Chile  (dalej w tekście „el jefe”), do udziału w chilijskim projekcie naukowym. Owocem tej współpracy jest wyprawa naukowa na Antarktydę. Na początku kilka słów z podróży i pierwsze wrażenia z południowej półkuli. W dalszej części o projekcie i garść wrażeń z blisko trzech tygodni pobytu na chilijskiej stacji na Antarktydzie.

Punta Arenas

DSC_0200_zmniejszacz-pl_70920Po tygodniu wielu wrażeń i przemieszczania się w czasie i w przestrzeni w końcu wylądowałam w Punta Arenas – miasteczku na końcu świata (Południowe Chile). Tu spotkanie z chłopakami, z którymi będę pracować i ostatnie przygotowania do wyprawy. Punta Arenas to całkiem duże miasto. Turyści na każdym kroku, markety nie gorsze niż nasze galerie handlowe, a popyt nie wskazuje na kryzys.

W Chilijskim Instytucie Antarktycznym (INACH) dostaliśmy wyprawowe ubrania, dzięki którym rozpoznajemy się na różnych bazach oraz zostaliśmy przeszkoleni przed wyprawą. Szkolenie po hiszpańsku, więc siedziałam 3 godziny jak na tureckim kazaniu. Idea szkolenia bardzo ciekawa. Poza bhp i podstawowymi informacjami za temat zachowania się w krajach polarnych i ochronie zwierząt, Instytut prezentuje swoją działalność, realizowane projekty i działania w Antarktyce, położenia stacji (generalnie większość z nich to stacje wojskowe), statystyki itp. Przydałoby się takie szkolenie „reklamowe” u nas na Spistbergenie. Także pierwsze wrażenie super, choć w praktyce panuje lekki chaos i „maniana”. Ale przecież logistyką antarktyczną rządzi pogoda, INACH nie jest germańską organizacją, a dynamiczne planowanie w Arktyce nie jest obce i polskim klimatom.

Transport na Antarktydę

IMG_9089_zmniejszacz-pl_883155Ostatecznie wylatujemy z Punta Arenas w niedziele rano (5 stycznia) i południe spędzamy już w chilijskiej stacji naukowej i przerzutowej Escudero. Wita nas słońce, wiatr i kamienie pod kołami (żwirowy pas startowy) oraz pierwsze pingwiny spotkane na wolności.

Wraz z nami przyleciała stonka ekwadorska – 40 osobowa grupa, która od razu zostaje załadowana na statek. Mała grupa naukowców z INACH ma czas na zwiedzanie bazy oraz drobny poczęstunek. Szefem bazy jest obecnie Ricardo Jana, znajomy sprzed ponad 10 lat ze szkolenia glacjologicznego we Włoszech. Niestety czas przeładunku nie sprzyja rozmowom. Może w lutym, w Punta Arenas uda się nam jeszcze spotkać.

Statek, którym płyniemy okazuje się chilijskim wojskowym holownikiem pełniącym też funkcje SAR (Search and Rescue). Standard – dla wtajemniczonych – coś pomiędzy Horyzontem a Eltaninem. Komfort może nie najlepszy, ale statek niesamowicie stabilny, żadnego kołysania i choroby morskiej. Chłopaki zajmują dwie kabiny dzielone z załogą, a ja z dwoma dziewczynami z zespołu nurko-biologów śpimy w przejściowej izolatce w łóżkach o rozmiarach XXS-pigmej. Stonka ekwadorska, która ma stację najbliżej (ok. 4 godziny płynięcia) po prostu rozsiadła się gdzie się dało, między innymi pod naszymi łóżkami. W końcu nie jesteśmy na turystycznej wycieczce emerytów…

Stacja GGV

IMG_9106_zmniejszacz-pl_863041Po ponad dobie na statku nasza 7-sobowa grupa (trójka glacjologów + cztery osoby biologów oraz nurków) ląduje w Paradise Bay, gdzie znajduje się chilijska baza wojskowa imienia prezydenta Gabriela Gonzalesa Fidela, w skrócie GGV. Pozostałe trzy osoby z INACH spędzą na pokładzie jeszcze kilka dni, zanim dopłyną na wyspę swoich badań. Taki chilijski naukowy turyzm.

Zatoka Paradise znajduje się na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Antarktycznego, na północ od koła podbiegunowego. Nazwa zatoki po przybyciu na miejsce wydała się całkiem uzasadniona. Jest tu jak w raju, przywitała nas piękna słoneczna pogoda, a wysokie góry wysp otaczających zatokę i zatrzymujących chmury powodują, że panuje tu swoisty mikroklimat. Rzadko tu wieje i fali prawie żadnej. Widoki z pokładu niesamowite, góry lodowe słusznych antarktycznych rozmiarów, choć nie jesteśmy w tej części Antarktydy, która od czasu do czasu produkuje wielkie płyty lodowe wielkości naszych miast czy nawet województw.

Na początku było dużo słońca i prawie nie wiało. Po trzech dniach słońce jednak ustąpiło chmurom i popadywał deszcz na zmianę ze śniegiem. Na szczęście po kilku dniach pogoda wróciła do normy „paradajsowej”. Nie zawsze jest słońce, ale wiatru i fali prawie nie ma, co nie pasuje do ogólnego obrazu surowej, wietrznej Antarktyki.

IMG_0571_zmniejszacz-pl_533870Sama baza położona jest na maleńkiej wysepce o długości ok. 250 m oddalonej od stałego lądu o ok. 100 m. Przy odpływach można wejść „na kontynent”, ale bezpośrednio na lodowiec, więc jedynie na nartach i też niezbyt daleko. Żeby coś zobaczyć pozostaje jedynie droga morska na pontonach. Baza jest mała i prowadzi działalność tylko latem. Zatem standard trochę gorszy od naszej polskiej stacji na Spitsbergenie. Woda jest reglamentowana, a prysznic z plastikowej butelki. Mesa, kuchnia itp., wszystko mniejsze niż w naszej polskiej bazie. Obok bazy znajduje się kilka innych budynków, m.in. magazyn, sala gimnastyczna, muzeum dla turystów, czy bar, w którym odbywają się sobotnie „uroczystości”.

I najważniejszy „element” bazy – PINGWINY. Wyspa jest kolonią pingwinów białobrewych, które nic nie robią sobie z obecności człowieka i wysiadują jaja wszędzie (po tygodniu od przybycia pojawiają się już pisklaki, które rosną jak na drożdżach). Z powodu tego licznego ptactwa przybywających do bazy ludzi wita swoisty zapach. A bez owijania w bawełnę, mieszkamy po prostu w dużym kurniku. Wracając z terenu, można leżeć w pontonie i bez podnoszenia głowy poczuć, że dom już blisko. Mam nadzieję, że uda mi się po powrocie do Polski pozbawić ubrania od tego swoistego zapachu. Do tego dodajcie sobie ciągłe pingwinie kwilenie, gęganie, czy jak to tam nazwać. I tak cały dzień i całą noc pod oknami, bo pomimo, że jesteśmy poniżej koła podbiegunowego, noce są jasne. Bez zatyczek do uszu spać się nie da.

Praca, czyli cel naszej wizyty

DSC_0781_zmniejszacz-pl_737811Pierwsze dwa dni zajęło nam rozeznanie się w „paradajsowej” przestrzeni. Lodowce w obszarze naszych badań są całkiem inne niż zrozumiałe dla mnie lodowce spitsbergeńskie. Strome, wydawałoby się zatem, ze powinny być stosunkowo szybkie. A jednak nie są, a procesy cielenia (obłamywania się gór lodowych z klifu do morza) są rzadkie. Owszem, jest w okolicy kilka pojedynczych lodowców szybkich (prędkość 100 m przez pół miesiąca!), ale góry lodowe przez nie produkowane są tak ogromne, że po pierwszym rekonesansie mamy obawy przed zostawieniem drogiego sprzętu w ich okolicach. Zresztą później nasze obawy się potwierdziły. Mimo kolejnych dwóch prób, nie udało się nam dopłynąć pod czoło lodowca, który chcieliśmy objąć naszymi badaniami.

Generalnie, trzy tygodnie, które mamy tu spędzić to za mało czasu, żeby ogarnąć całą przestrzeń. Ponadto duże ilości lodu we fiordach spowodowały, że musieliśmy zrezygnować z pierwotnych planów jednoczesnej pracy w kilku miejscach, na kilku lodowcach. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na prowadzenie badań na jednej z malutkich wysepek (długość ok. 220 m.), otoczonej z trzech stron stromymi lodowcami, z klifami częściowo uchodzącymi do morza, a częściowo podpartymi o ląd. Wyspa nosi wdzięczną nazwę Hanka, a lodowce Granit i Dioryt zawdzięczają swoją nazwę naszemu polskiemu geologowi – Profesorowi Binkermajerowi.

IMG_0309_zmniejszacz-pl_537969Jak tylko pogoda pozwala, płyniemy na „naszą” Hankę, gdzie zbieramy materiały do określenia intensywności cielenia lodowców. Czyli instalujemy kamerki i aparaty, które rejestrują dynamikę frontów lodowców, robimy zdjęcia fotogrametryczne oraz skanujemy czoła lodowców skanerem laserowym.

Kolejny aspekt – oprócz innej dynamiki lodowców – różniący Antarktydę od znajomego otoczenia spitsbergeńskiego to brak niedźwiedzi. Trochę czasu zajęło mi wyluzowanie się w terenie. Na Spitsbergenie nie można pójść samemu na spacer i wyłączyć zmysły, ponieważ z każdej strony czyha „groźne niebezpieczeństwo”, czyli potencjalny miś. Tutaj można po prostu usiąść w dowolnym miejscu, a nawet zdrzemnąć się na wyspie, gdzie robimy badania. Można bezmyślnie zapatrzeć się w przestrzeń, czy  pójść przed siebie, chociaż za daleko się nie da…

I zwierzątka trochę inne. Mnóstwo pingwinów, kormorany czy foki i lamparty morskie wylegujące się na śniegu czy górach lodowych na wodzie. Pingwinki są niesamowicie pocieszne i urocze, na lądzie niezgrabne, w wodzie przeciwnie, szybkie jak strzała. Niestety trzeba pamiętać, że pingwinie łajno jest wszędzie. Tylko jak pracujemy na śniegu, jest czysto.

Tutejsze foki są leniwe i nie boją się w ogóle człowieka. Można niechcący na nie wdepnąć idąc po kamienistej plaży.

IMG_9369_zmniejszacz-pl_928521Życie na stacji, czyli różnice nie tylko kulturowe

Jest tu po chilijsku, czyli wszystko na spokojnie. Przybycie naszej grupy naukowców zaburzyło zapewne wypracowany rytm żołnierskiego życia, ale po trzech dniach lody zaczęły puszczać. Z racji naszych prac zabraliśmy ich na kilka ładnych wycieczek. A ściślej, żołnierze zabrali nas do wskazanych przez nas miejsc. Ponieważ pontony są wojskowe, nie możemy z nich sami korzystać i wszędzie jesteśmy wożeni. Ma to swoje dobre i złe strony. Pakownie sprzętu odbywa się z kei, żołnierze pomagają wypakowywać i nosić wielką ilość sprzętu w terenie. Wody spokojne, nie ma przybojów, dużej fali i tym podobnych wrażeń, więc wszystko jest ładnie i sprawnie. Z drugiej strony musimy się liczyć z ich dniem pracy. Czyli wypłynięcie po 10 rano i powrót przed kolacją. Do tego dzielimy jeden ponton z czwórką biologów i nurków. Utrudnia to prowadzenie badań „na maksa”. O nocnych eskapadach, nawet jeżeli jest pogoda do badań, nie ma mowy.

Żołnierze na początku bali się pływania blisko lodowców i dopiero przy nas uczyli się pływania pośród większych i mniejszych górek lodowych. Może dopiero z nami poczuli się bezpiecznie? Podobno w Chile bardzo poważa się zawód naukowca. Szkoda, że nie w Polsce… Nasz ulubiony „woźnica” bardzo szybko opanował sztukę prowadzenia zodiaka w lodzie i muszę przyznać, że kilka razy nam zaimponował. Ale niestety, zodiak to nie lodołamacz. Nie zawsze docieramy tam gdzie chcemy. Pracujemy według motta jednej z pracownic INACH-u: „be safe, make fun, do science”. Przydałoby się w naszych polskich badaniach takie spokojne podejście do życia.

IMG_0602_zmniejszacz-pl_14438Jedzenie, jak na możliwości, całkiem dobre. W zasadzie bardzo podobne do naszego, tylko trochę inaczej podane. Po doświadczeniach pierwszych dni w Chile obawiałam się codziennych frytek na obiad i kolację, ale nie jest tak źle. Jedzą tu także ryż i makaron. Do warzyw i owoców jest dostęp otwarty. Nie zostawia się tu nic zimownikom, więc nie ma potrzeby oszczędzania.

Ciekawostką jest zestaw czwartkowy podawany na pamiątkę zwycięskiej bitwy morskiej. Coś przypominającego duże pierogi z nadzieniem serowym. Potem zupa z ziemniakiem, dużym kawałkiem marchewki, kawałkiem kolby kukurydzy i wielką porcją kurczaka. To wszystko w rosole i ryżu. Na deser brzoskwinia z gotowaną pszenicą.

Śniadania, jak to w krajach śródziemnomorskich, wszystko na słodko. Zresztą wszystko tu przesłodzone, soki, jogurty, itp. Nauczyłam się więc kilku słów aby móc powiedzieć, że w Polsce na śniadanie oprócz dżemu jada się ser i kiełbasę. I teraz już podają. Ale nadziwić się nie mogą, że można na śniadanie spożywać ketchup, i że można nie słodzić herbaty.

Posiłki serwowane są w mniej lub więcej określonych godzinach. Czyli w zależności od sytuacji, ludzi w terenie czy jak tam się kucharzowi zrobi. Raz później, raz wcześniej. W sumie czemu nie? Tylko można niepostrzeżenie przegapić porę karmienia, ponieważ nie działa tu system dzwonu zwołującego na posiłek. Ale spokojnie, zawsze wystarcza dla wszystkich. A jak wracamy wieczorem z terenu, zawsze czekają odłożone porcje obiadowe.

Chilijczycy – jak Hiszpanie czy Włosi – są wyluzowani, bardzo weseli, otwarci oraz oczywiście głośni. Muzyka dobiega z każdej strony (oczywiście jednocześnie). A jak się zbiorą w kupie zawsze zaczynają gadać. Generalnie trudno znaleźć ciche miejsce w tak małej przestrzeni, więc praca i sen w tych warunkach są utrudnione i wymagają umiejętności wyłączenia się z otoczenia, w czym w pewnym stopniu pomaga mi niezrozumienie języka.

IMG_9964_zmniejszacz-pl_249530A jak dogadywać się jak nie rozumie się potocznej mowy? Kiwać głową i dużo się uśmiechać. I jest dobrze. Natomiast co do mojej skromnej osoby, mam tu swoistą szkołę milczenia. Jeden Polak i dwie osoby mówiące po angielsku. Zatem jest dużo czasu na obserwacje świata i ludzi. Ludzie jak ludzie, typy i charaktery te same. Carlos, nasz pomocnik w projekcie, jest typowym Chilijczykiem. Nałogowo używa zwrotu „tranquilo, tranquilo”, czyli „spokojnie, spokojnie”. I podporządkowuje się tej maksymie całkowicie. Czyli leniuchuje jak tylko się da.

Najzabawniejsza jest reakcja Chilijczyków na mój widok. Po kilku dniach nauczyli się wymowy mojego imienia. Choć wypowiadają je twardo „Goczia”, co przypomina im bardzo popularny tu przebój. Słyszę więc swoje imię ZA KAŻDYM razem jak mnie spotykają (nawet kilka razy na godzinę), pewnie jako zamiennik „jak idzie, itp.”, rekompensujący niemożność rozmowy ze mną. I zazwyczaj jest trzykrotne „goczia, goczia, goczia”. Biorąc pod uwagę, że w bazie jest ciasno i przewija się tu 18 osób – nigdy nie słyszałam swojego imienia tyle razy dziennie. Już sama jak przechodzę mówię „Si, si, Goczia, goczia, goczia”. Jak mantra. Jest zabawnie.

Z kolejnych porównań Północ-Południe – światło. Oślepiająca ilość bieli dochodząca z każdej strony. Okulary przeciwsłoneczne, które sprawdziły się w Arktyce tu okazały się za słabe. Nawet okulary razem z goglami narciarskimi nie wystarczają. Żołnierze są dużo lepiej przygotowani. W okularach i goglach (w których często pływają) mają czarne szkła. IMG_0157_zmniejszacz-pl_879830Na ponton przychodzą do tego ubrani jeszcze w czarne maski. Wyglądają w nich jak służby antyterrorystyczne. Na początku nie wiedzieliśmy z kim płyniemy, ale po jakimś czasie już ich rozróżniamy po chodzie i wzroście.

Internet a gadżety. Internet tutaj jest kiepski. Ale to co zadziwia, to uzależnienie Chilijczyków od smartfonów. Żyć nie mogą bez „facebooka” i „whats up-a” Smartfony mają cały czas przy sobie. Kucharze gotując ciągle w coś klikają. Wszyscy siedzą przy posiłku i klikają!! Oglądają film w mesie i klikają. Po posiłku obowiązuje minimum dziesięć minut bezczynności przy stole. Tyle, że oni w tym czasie siedzą i klikają. Ale ja nie mogę wstać od razu po posiłku od stołu i iść do laptopa bo zaraz jest „que pasa, Gosia, tranquilo, take your time”.

Po powrocie z terenu myślę przede wszystkim o jedzeniu i kąpieli. A nasz pomocnik Carlos, nawet nie rozbierze z siebie swego pomarańczowego kubraczka i już siada w korytarzu, i „what’s up” na smartfonie. No szaleństwo. Z moim laptopem nie mogę konkurować wobec ich mobilnych systemów.  Zdjęcia na Picasę wrzuciłam poświęcając na to nockę i całą niedzielę. Doceńcie. Ale w sumie bardzo dobrze tu bez neta. Z czystym sumieniem unikam wieści z Polski oraz medialnego szumu i mogę się skupić na tym co „tu i teraz”.

IMG_0357_zmniejszacz-pl_644557Generalnie, jest bardzo wesoło i spokojnie, choć przebywamy bardzo dużo w terenie. Jesteśmy „wożeni” w każde miejsce, w które zażyczy sobie nasz „el jefe”. Trwa wymiana umiejętności językowych – ja ich szkolę z angielskiego, oni mnie z hiszpańskiego. Gra w oczko podszkoliła mnie z liczb po hiszpańsku. Jedyne co mnie czasem irytuje na stacji to uzależnienie chilijczyków od hałasu. Każdy na smartfonie puszcza swoją muzykę. Nieważne, że obok leci inna. W terenie, płyniemy pontonem. Słoneczny, bezwietrzny dzień, przepiękne okoliczności przyrody, biel lodowców, cukierkowy błękit nieba, przeogromne góry lodowe o różnych kształtach. A do tego jakaś sieczka disco-techno-polowa. Siedzimy na naszej wyspie Hanka sami we trójkę. Dopadła nas mgła, śnieży, cisza w przyrodzie, czekamy na transport. Idealne warunki na kontemplacje czy drzemkę – co kto woli – a Carlos wyciąga smartfona i zapodaje mjuzik. Chyba jednak wolę nasza polską melancholię.

„Maniana”

Prąd. Raz na kilka dni Chilijczycy wyłączają generator na cały dzień, w celach przeglądowych. Dlaczego nie robi się przeglądu w nocy? Ponieważ dwie osoby musiałyby pracować w nocy. A praca nocna w ich mentalności nie funkcjonuje. Ponadto jak nie ma prądu, reszta nie musi pracować. No oprócz kucharza. Czyli „Maniana”.

IMG_9858_zmniejszacz-pl_665133My w tym czasie także niewiele możemy zrobić – odpada praca na komputerach, nie można naładować baterii czy akumulatorów do sprzętu przed wyjściem w teren, przestaje działać monitoring stały niektórych urządzeń. Nieważne. Poddajemy się „manianie”. Wprawdzie w bazie jest wtedy pierońsko zimno. Do tego, jeżeli w tzw. międzyczasie przypłynie wycieczkowiec z setką turystów, wszystkie drzwi w bazie są szeroko na oścież pootwierane. Ale co tam, siedzimy opatuleni w puchowe kurtki. Niech turyści dokumentują na zdjęciach jak ciężko się pracuje w warunkach polarnych.

Jak nie ma prądu, nie działają także pompy i nie ma bieżącej wody. Generalnie woda jest reglamentowana więc trzeba mieć dużą odporność psychiczną (i żołądka). Można by topić śnieg i lód, których w otoczeniu nie brakuje, ale po co? „Maniana”.

Nie pozostaje nam nic innego jak dostosować się do tej chilijskiej „maniany”. Więc pogody na następny dzień nawet nie sprawdzamy. I tak się nie da wejść na żadną stronę (chyba że w nocy). Będzie co będzie, rano zdecydujemy co robimy, czy i gdzie płyniemy. Jeżeli po wypłynięciu zmieniają się warunki pogodowe, zmieniamy plany. Czyli nieobce i polskim klimatom „dynamiczne planowanie”, tylko jeszcze bardziej dynamiczne.

IMG_0625_zmniejszacz-pl_65627W ubiegłą niedzielę, po około dwóch tygodniach pobytu grupa nurków-biologów miała popłynąć na tydzień badań w inne okolice. Niestety statek wojskowy, którym mieli płynąć spóźnił się o 6 dni. Generalnie panują tu warunki polarne, więc można by to zrozumieć, gdyby ktoś wysłał konkretną datę przybycia statku. A ich grupa dowiadywała się po prostu z dnia na dzień, że nie dziś, ale już jutro. Kolejnego dnia „maniania”. I tak do soboty. Przez 6 dni spakowani „na walizach”. Ze spakowanym sprzętem trudno pracować, więc 6 roboczych dni straty. „Maniania”…

W ubiegłą sobotę statek w końcu dopłynął. Trochę nie po drodze nam to opóźnienie okrętu, ponieważ nasza grupa miała nim odpłynąć wczoraj z Paradise Bay do Polskiej stacji Polarnej im. Arctowskiego. A ostatecznie mamy spędzić w Paradajsie kolejny tydzień. Hmmm….Może „el jefe” zorganizuje jakiegoś „stopa”. Ale system działania chilijskich służb nie gwarantuje, że się stąd szybko wyrwiemy i dotrzemy na Arctowskiego. Ewentualnie zostaniemy poinformowani, że za 2 godziny mamy być spakowani bo przyleci helikopter. Pożyjemy, zobaczymy…

Tyle z garści refleksji. Być może w tekście przebrzmiewa nuta cynizmu i marudzenia, więc prostuję – ten swoisty spis wrażeń jest dla podkreślenia różnic pomiędzy tym co już znam z półkuli północnej. Co nie oznacza, że mi się tutaj nie podoba! Przeciwnie – jest tu przepięknie, ludzie serdeczni i otwarci, można odpocząć od codziennych spraw i sieczki telewizyjnej, co ułatwia zresztą brak dobrego Internetu.

IMG_0472_zmniejszacz-pl_518635Podróż GGV – Arctowski, czyli gdy emocji kurz opadnie…

Ten etap naszej podróży statkami ze stacji chilijskiej na Polska Stację Antarktyczną im. Henryka Arctowskiego zasługuje na osobny długi rozdział. Prawie trzy doby zamiast kilkunastu godzin podróży. Ale aby nie psuć obrazu całości wspaniałej przecież wyprawy – krótka puenta. Na Arctowskim dowiadujemy się, że na antarktycznych stacjach krąży motto „gdzie kończy się logika, zaczyna się wojsko.” Zrozumieć można wszystko, niestabilną pogodę, czy sytuację lodową. Ale brak sensu działań i dezinformacja jakie towarzyszyły przez te 3 dni podróży doprowadziły nas do uczucia kompletnej bezsilności. Najbardziej zaskakujące jest jednak, że ostatecznie wszystko jakoś się udaje. Wygląda na to, że cała Południowa Ameryka egzystuje na tym „jakoś’. I wszystko jest tu do góry nogami. A ja po prostu jestem zbyt nerwowa rzucając hasło „NIGDY więcej na Antarktydę”.

Arctowski

W końcu jest normalnie. Mnóstwo dużych i drobnych rzeczy, których nie docenia się, dopóki nie poczuje się ich braku. Od ciepłego przyjęcia i pożegnania, pomocy przy rozładunku, przez przepyszne jedzenie (najlepsza na świecie Zosia), dostępną drukarkę, ciszę w mesie (ewentualnie nie narzucająca się dobra muzyka w tle), filmy na poziomie, termometr za oknem (w GGV pojęcia nie mieliśmy ile wieje i jak jest ciepło, tudzież zimno), prognozę pogody na najbliższe dni, czysty obrus, pościel w łóżku zamiast brudnych koców, pralkę i prysznic o dowolnej porze, wygodną i przestrzenną bazę, nie trzymanie nóg na stole (w butach!), miejsce do pracy, kapustę kiszoną itd…

IMG_1864_zmniejszacz-pl_856579Dotychczas żyłam w przeświadczeniu, że wszystkie bazy polarne funkcjonują tak samo jak nasza polska na Spitsbergenie. A tu proszę, pół stacji z okolicy przypływa na Arctowskiego najeść się, umyć, czy wypytać o pogodę (np. dowództwo statku peruwiańskiego przypływa na naszą stację po prognozę pogody!!). Miło słyszeć, że tradycyjna polska gościnność „jeszcze nie zginęła” i nadal słynie w polarnym światku.

Na Arctowskim jesteśmy krócej niż planowaliśmy, więc pracujemy „na maksa”. Pomagam zespołowi chilijskiemu, czyli szefowej Michała i jej załodze w pracach na pobliskim lodowcu Ekologii. W ciągu trzech dni stawiamy stację meteorologiczną i mierzymy położenie tyczek, które zainstalował kilka lat wcześniej nasz kolega z Torunia dr Irek Sobota. Nie wiadomo czy zdążylibyśmy z pracami gdyby nie niezastąpiona pomoc ekipy ze stacji. Chłopaki bardzo chętnie pomagają przy transporcie sprzętu pontonami (nigdy nie ma za dużej fali jak jest praca do zrobienia), w terenie czy w pracach technicznych.

Spotykamy się na Arctowskim z bardzo ciepłym przyjęciem i bardzo szybko czujemy się jak w siostrzanej bazie na północy, czyli jak w „domu pod biegunem”. Podobne odczucie ma czwórka zagranicznych gości. To cieszy. Na stacji jest także obecna z-ca dyrektora do spraw administracyjnych Instytutu Biochemii i Biofizyki PAN, Agnieszka Kruszewska (czyli szefostwo stacji). Otrzymujemy z jej strony pełne wsparcie. Dobrze jest…

IMG_0115_zmniejszacz-pl_294812W Arctowskim odczuwamy także surowość Antarktyki. Trzeba przyznać, że Paradise nas rozpieściło „zawsze dobrą pogodą”. Więc trochę nas „zaskoczył” wiatr i śnieg na lodowcu. Przestrzeń i możliwość wędrówki na nartach wynagrodziły jednak wszechobecne zimno. Zaskoczył nas także efekt sztormu, który na koniec naszego pobytu przyniósł duże opady śniegu. Półmetrowe zaspy wokół bazy nie zdarzają się latem na Spitsbergenie. Zatem na koniec mogliśmy zwiedzić na nartach najbliższą okolicę.

Tyle na szybko z Arctowskiego. Kilka bardzo intensywnych dni w terenie plus nocne Polaków rozmowy. Zabrakło czasu i pogody  na zdjęcia pingwinów, uchatek czy słoni morskich (których nazwa odpowiada zapachowi). Ale pozostała garść dobrych wrażeń i myśl „może to jednak nie ostatni raz”.

PS

Cieśnina Drake’a i Przylądek Horn były dla nas łaskawe i szczęśliwie dotarliśmy do Chile.

Zachęcam również do obejrzenia galerii zdjęć z Arktyki na Pikasa – galeria Gosi.