W kraju boo-mar-ranga* – Australia (XI 2009)

Decyzja została podjęta szybko… tak w listopadzie lecimy do Australii. Pozostało wyszukanie atrakcyjnych cenowo biletów i ustalenie trasy podróży biorąc pod uwagę miejsca, które chcemy zobaczyć a każde z nas miało inne marzenia…

Sydney_02Po długim locie z dzienną przerwą na zwiedzanie Hongkongu, dotarliśmy do Sydney. Odstawiliśmy nasze toboły do hotelu i po szybkim odświeżeniu wyruszyliśmy zwiedzać miasto. Półtorej dnia pobytu wystarczyło, żeby zobaczyć najciekawsze jego zakątki a także wrócić do niektórych miejsc na wieczorne fotografowanie.

Sydney jest największym miastem na kontynencie i stanowi najistotniejsze centrum handlowe, finansowe, transportowym i turystyczne Australii. Ku naszemu zaskoczeniu jednak, jak na tak ogromną metropolię panuje tutaj ład, porządek i spokój a ciepły subtropikalny klimat sprzyja długim pieszym wędrówkom do późnych godzin wieczornych.

Sydney_04Centrum nie jest duże i można je zwiedzać piechotą. Pierwsze kroki skierowaliśmy więc do słynnej opery, która jest symbolem Sydney. Następnie postanowiliśmy poszukać jakiejś knajpki z widokiem na Harbour Bridge.  Jest to jeden z największych mostów łukowych na świecie o rozpiętości 495,6 metrów. Zajadając popularny w Australii fish and chips przyglądaliśmy się turystom, którzy korzystali z atrakcji cieszącej się tutaj dużą popularnością, polegającą na wychodzeniu na szczyt łuku owego mostu.

Sydney_33Dzień drugi. Szybkie śniadanko, spakowaliśmy aparaty i wyruszyliśmy w kierunku portu. Przed południem chcieliśmy popływać po Port Jackson, z nadzieją, że w pobliżu wybrzeża będziemy mieli szczęście  zaobserwować humbaki. Zatoka jest piękna. Opera oświetlona promieniami słońca stanowi wdzięczny obiekt do fotografowania. Przepłynęliśmy pod Harbour Bridge, który przecina zatokę Sydney Harbour. Most ten trafnie został nazwany jako coathanger, gdyż rzeczywiście przypomina wieszak na ubranie. Zaledwie opuściliśmy zatokę, kiedy przed łodzią pojawiło się stado delfinów. Bawiły się skacząc, przypływając w pobliże łodzi i odpływając. Po chwili obserwacji rozbawionych ssaków, przypomnieliśmy sobie o celu w jakim udaliśmy się na rejs i zaczęliśmy wypatrywać wielorybów. O tej porze roku nie podpływają blisko wybrzeża, ale mieliśmy szczęście zobaczyć jak ów długopłetwiec w oddali wyskakuje z wody. Sydney_07Po przybiciu do brzegu udaliśmy się w kierunku starówki „The Rocks”. Zdaje się, że była to pora lunchu, bo na nadbrzeżu tłoczno było od odpoczywających pracowników pobliskich biurowców. Na deskach pomostów, ławeczkach, murkach siedzieli sobie elegancko ubrani panowie i panie z laptopami na kolanach, z książkami w dłoni, samotnie lub w grupie, rozmawiający, odpoczywający, kontemplujący.

Na popołudnie zostawiliśmy sobie spacer po ogrodzie botanicznym Royal Botanic Gardens, mieszczącym się w pobliżu Circular Quay. Jest to pięknie położony teren zielony, z którego można fotografować panoramę  wieżowców CBD. Roztacza się stąd również piękny widok na zatokę i gmach opery. Ogród ten jest ulubionym miejscem odpoczynku zarówno turystów jak i mieszkańców Sydney. Sydney_27Mnie w szczególności urzekły tutaj małe papużki, które harcowały w koronach ukwieconych drzew i krzewów.

Skoro świt zerwaliśmy się z łóżek, w pośpiechu zjedliśmy śniadanie i przemieściliśmy się taksówką na lotnisko. Po wylądowaniu w Melbourne załatwiliśmy formalności związane z wypożyczeniem samochodu i ruszyliśmy w kierunku Great Ocean Road. Ocean_Road_006Droga zaczyna się około 100 km na zachód od Melbourne. Jest niezwykle malowniczo położona a wzdłuż niej znajdują się słynne Parki Narodowe m.in. The Twelve Apostles (Dwunastu Apostołów) w Parku Narodowym Port Campbell.  Dzień był upalny. Słońce przepięknie oświetlało sterczące z morza skały będące wynikiem erozji o różnym kształcie, grubości i wysokości. Obecnie jest ich 8.  Nacieszywszy oczyska pięknymi widokami przemieściliśmy się do Loch Ard Gorge. Jest to również część Parku Narodowego Port Campbell, który jest położony w odległości około 10 minut jazdy samochodem od Dwunastu Apostołów. Nazwa wąwozu pochodzi od statku Loch Ard, który zbliżywszy się do końca swojej trzymiesięcznej podróży z Anglii do Melbourne w czerwcu 1878 roku osiadł na mieliźnie w pobliżu Muttonbird Island. Z pośród pięćdziesięciu czterech pasażerów i załogi uratowały się tylko dwie osoby: piętnastoletni członek załogi Tom Pearce, który został wyrzucony na brzeg i siedemnastoletnia emigrantka z Irlandii Eva Carmichael, która została uratowana przez Toma po usłyszeniu jej wołania o pomoc.

Ocean_Road_012Kolejny dzień. Podróż kontynuowaliśmy w kierunku Adelaide, mając nadzieję zwiedzić po drodze kolejne dwa Parki Narodowe. Pierwszy z nich, w którym nie spędziliśmy zbyt dużo czasu był Park Narodowy Lower Glenelg. Głównym elementem tego Parku Narodowego jest Rzeka Glenelg. Rzeka ta tworzy spektakularny wąwóz. Działanie rzeki i działanie wody deszczowej utworzyło również w tym rejonie niezwykłą jaskinię Princess Margaret Rose z niesamowitymi formacjami wapiennymi. Rejon Parku Narodowego to wspaniałe miejsce na wędkowanie, kajakarstwo, kempingi i “picknicking” wzdłuż rzeki Glenelg. Ocean_Road_064Do Australii przylecieliśmy z nadzieją, że dopisze nam szczęście i sfotografujemy sporo tutejszych zwierzaków na wolności. Tak też się stało i nasze oczekiwania zostały w pełni spełnione. Wystarczyło dobrze wypatrywać miśków koala wzdłuż Great Ocean Road w pobliżu Parku Narodowego Lower Glenelg na obszarze, gdzie znaki drogowe nakazywały ostrożną jazdę ze względu na możliwość napotkania tego zwierzaka, potem pozostało zaparkowanie samochodu gdzieś na poboczu i przedzieranie się przez gąszcz eukaliptusów, żeby sfotografować wypatrywany obiekt z odległości kilku zaledwie kroków.

Ocean_Road_054Ostatnim z parków, na którego zwiedzanie poświęciliśmy prawie cały dzień był Park Narodowy Coorong. Stanowi on ciąg lagun morskich oraz basenów solankowych. Park został utworzony w 1966 roku jako schronienie dla wielu gatunków ptaków, zwierząt i ryb. Jest to również obszar lęgowy dla pelikana australijskiego. Park można zwiedzać różnymi szlakami turystycznymi, kajakiem wzdłuż cieków wodnych lub na cztery koła wzdłuż wyznaczonych ścieżek i plaży. Wyruszyliśmy na zwiedzanie przed południem. Obszar parku jest urokliwy, ale ku naszemu rozczarowaniu nie spotkaliśmy po drodze żadnego zwierzaka. Nie udało nam się również wypatrzeć ptactwa, o którym wspominają przewodniki. Po całodziennej wędrówce po piaszczystych wydmach i podmokłych terenach zmęczeni wracaliśmy w kierunku samochodu. Zaskoczeniem był fakt, że wraz z nadejściem wieczoru park ożył. Wokół nas zaczęły się pojawiać zwierzęta i ptaki, które wychodziły z każdego zakamarku parku. Ocean_Road_051W odległości kilku zaledwie metrów przemaszerowały sobie dostojnie i bez pośpiechu dwa strusie emu, w oddali bawiła się rodzinka kangurów. Dotąd bezużyteczny dziś sprzęt fotograficzny w końcu ruszył do pracy. Bezkrwawe łowy się rozpoczęły.

Ostatni dzień pobytu na południu Australii. Nazajutrz mieliśmy się przemieścić do serca Australii – Alice Springs. W drodze do Adelaide udało nam się jeszcze zwiedzić Old Tailem Town. Jest to skansen, w którym można zobaczyć jak wyglądało życie osadników z Południowej Australii. Istnieje tutaj ponad sto dziesięć budynków do odwiedzenia, urządzonych w oryginalne elementy wyposażenia z okresu, z którego pochodzą. Wiele budynków zostało tutaj przewiezionych z różnych miejsc Australii. Ocean_Road_043Skansen jest olbrzymi i ilość eksponatów jest imponująca, jednakże jest to zaniedbane miejsce, wiele eksponatów koroduje, inne pokryte są warstwą kurzu.

Pomimo obfitości gatunków jakie mieliśmy możliwość fotografować podróżując wzdłuż Great Ocean Road, odwiedziliśmy również jeden z Wildlife Parków w Adelaide. Zaopatrzeni w torebki z karmą próbowaliśmy skusić rozleniwione zwierzaki odpoczywające w cieniu drzew do wykonania kilku susów w naszą stronę, ale im nie  spieszno było podchodzić po jedzenie. Przeciwieństwo stanowiły ogromne strusie wypatrujące papierowych torebek, które szybko podchodziły na swoich długich nogach i pakowały swoje ogromne głowy do środka aby szybko opróżnić torebki z ich zawartości.

Zdjęcia do artykułu zostały udostępnione przez Czarka Wojtkowskiego. Więcej fotek z pobytu w Australii znajdziecie na jego stronie: www.wojtkowski.net

* boo-mar-rang – kij, który wraca. Używana przez Aborygenów nazwa bumerangu [Wikipedia]