W kraju polarnego niedźwiedzia – Spitsbergen

Bakcyla polarnego złapała w drugiej klasie szkoły podstawowej przy lekturze Centkiewiczów “Odarpi syn Egigwy” i “Anaruk, chłopiec z Grenlandii”. Później zaczytywała się w reszcie książek polarnych a jej marzeniem /obsesją stało się wkręcenie w Polską Wyprawę na Spitsbergen.

Mając rodzinne predyspozycje do zawodów technicznych ukończyła na AGH w Krakowie Geodezję i Kartografię. Specjalizowała się w fotogrametrii, teledetekcji i GIS-ie,  a po “ludzku” w wykorzystaniu zdjęć lotniczych i satelitarnych w analizach środowiskowych.

Doktorat na Uniwersytecie Śląskim otworzył jej drogę w nasze polskie środowisko polarne, w którym pozostała. Po obronie pracy doktorskiej pojechała na Spitsbergen, gdzie spędziła rok.  Po powrocie została zatrudniona na Uniwersytecie Śląskim na Wydziale Nauk o Ziemi, gdzie pasja stała się jednocześnie jej źródłem dochodów.

Interesuje się również żeglarstwem. Brała udział w rejsach koło Grenlandii i Spitsbergenu. Jest członkiem Klubu wysokogórskiego, choć coraz rzadziej znajduje czas na wspinaczkę, a każdy rodzaj działalności w który się angażowała miał na celu zbliżenie do Arktyki i nabycie umiejętności, które mogą się przydać podczas pobytu tam. Gosia Błaszczyk opisuje swoje wspomnienia z rocznego pobytu w polskiej stacji badawczej na Spitsbergenie…

Rejs

P1000099_zmniejszacz-pl_474406Płyniemy, płyniemy, płyniemy. Morze łaskawe. Fala nie większa niż dwa. Za sobą pozostawione troski i zmartwienia. Błogość, beztroska, mózg na bezrobociu. Trudno opisać ostatnie dwa miesiące przed wyjazdem. Przygotowanie się do rocznej wyprawy polarnej, gdzie nie będzie dostępu do Biedronki tudzież innego Reala wymagało przemyślenia wszystkiego od wizyty u dentysty, przez notariusza, do fryzjera; od zakupów rzeczy „użytecznych”, przez zwykłe kosmetyki, do bajerów mających łagodzić przeżycie nocy polarnej. Nie wspominając o obronie doktoratu. No ale to już mam za sobą.

Za kołem podbiegunowym tradycyjny chrzest. Z powodu braku na pokładzie ochrzczonych, Neptun zgodził się na kobietę w swojej świcie i zostałam zmuszona do odegrania roli diablicy. Co niektórzy stwierdzili, że mam to wrodzone. Płynie też z nami dziennikarz z miesięcznika ”NASZE MORZE” i koniecznie chciał jakiejś sensacji związanej z zimowaniem kobiet. Bez komentarzy…

Przed samym fjordem Hornsund, gdzie znajduje się Polska Stacja Polarna zaległo ogromne pole lodowe. Na szczęście dzielny kapitan przebił się przez nie i szczęśliwie dopłynęliśmy do stacji, która będzie moim domem przez najbliższy rok.

Pierwsze dniGosia_Bolek_zmniejszacz-pl_57652

Za sobą mam już tygodniowy rejs, dobowy rozładunek statku i ciągłe przejmowanie obowiązków od poprzedniej wyprawy. Łatwo nie jest. Moją pracę w terenie przerywają wizyty VIP-ów, imprezy z okazji przejęcia stacji przez naszą XXXI wyprawę, czy trwający dobę dyżur. Główne obowiązki dyżurnego to: pomoc kucharzowi (zatrudnionemu na okres letni), utrzymanie porządku w bazie (parę godzin sprzątania), odbieranie telefonów i całodobowy nasłuch radia, obrona psów przed niedźwiedziami (no bo biedne uwiązane nie mają szans z bliskim spotkaniem z misiem), dzwonienie wielkim dzwonem na posiłki, dotrzymywanie towarzystwa gościom, itp, itd…

Oprócz nas – 9 zimowników – na stacji jest około 20 „letników” i poprzednia grupa zimująca, która opuszcza nas za 2 dni. Co kilka dni wpadają grupy regionalne działające w terenie w pobliżu stacji. Ponadto, co jakiś czas wizyta gości, np. z jachtu – młyn totalny. Ciągle, przez okrągłą dobę się coś dzieje. Zmęczenie jest tak duże, że pomimo białych nocy nie mam problemu ze spaniem. Kładę się i po prostu śpię. Ani razu nie usłyszałam budzika i ze snu wyrywa mnie dopiero zwołujący na śniadanie gong dzwonu.

Wachlarz umiejętności zdobywanych w ciągu pierwszych kilku dni na stacji jest bardzo szeroki. Od obsługi pontonu, łódki i skutera, przez strzelanie z broni (bez której nie wychodzi się z bazy), do zwykłego pieczenia chleba.

 Praca

P1010393_zmniejszacz-pl_529161Moja praca polega na pomiarach blisko 30-tu tyczek umieszczonych na Lodowcu Hansa i Lodowcu Arie, przy użyciu GPS-a różnicowego. Lodowiec Hansa objeżdżam skuterem, dopóki nie zniknie śnieg z sezonu zimowego i nie wyłoni się lód. Później będzie trzeba dużą cześć lodowca pokonywać pieszo. Lodowiec Arie jest na tyle strony, że latem mierzymy go „na piechotę”. Pomiar tyczek pokazuje z jaką prędkością lodowce płyną i jak szybko przybywa czy ubywa warstwa śniegu z powierzchni lodowca. Do tego dochodzi niwelacja terenu wokół stacji, którą utrudniają “naloty” rybitw. Ptaki dzielnie bronią swoich gniazd, więc dostałam kilka razy dziobem w głowę, nie mówiąc o obstrzałach z ekskrementów. Po takiej robocie kurtka do prania. Po powrocie z terenu czas na obrabianie danych. Jako urzędnik zza biurka, muszę sobie wszystko przypominać, czy nawet uczyć się na nowo. To najważniejsze zadania z geodezyjnej obsługi stacji.

Do moich obowiązków należy też gospodarowania magazynem sportowym, tzn. wydawanie różnych gadżetów typu raki i innych przedmiotów. Tak, że odsypiam sobie spokojnie dyżur, a tu ktoś mnie zmusza do wstania……….brrrrr. Wzięłam też na siebie opiekę nad psami (4 sztuki), czyli ich codzienne karmienie. Kolejna godzina zabawy. I tak ciągle coś.

Misiów podczas tej wyprawy naliczyliśmy już 3, z czego 2 godnie przeszły w dalszej odległości od bazy, a jeden chciał się koniecznie zapoznać z naszymi psiakami.

Życie na stacji

P1040269_zmniejszacz-pl_886247Życie w stacji regulują posiłki. Godzina ósma rano, dyżurny jak średniowieczny mnich obchodzi całą bazę i bijąc w dzwon zwołuje wszystkich na śniadanie. W praktyce dzwon ten jest dla wielu budzikiem. Śniadanie jest obowiązkowe, głównie po to, aby słoneczko święcące 24/24 nie rozregulowało zbytnio zegara biologicznego. Jest to umowne, bo jeżeli w nocy jest dobra pogoda, to idzie się na pomiary i już. Ale stałe godziny posiłków powodują, że większość ludzi spotyka się jednak o tych samych porach, a ewentualne imprezy odbywają się wieczorami, a nie na przykład o szóstej rano. Rysunek1_zmniejszacz-pl_240751

 Ludzi jest obecnie całe mrowie. Oprócz grupy zimowej i grupy technicznej, z części letniej korzystają naukowcy z przeróżnych zakątków Polski. Jedni na dłużej, inni na krócej, jeszcze inni obozujący w pobliskich husach (starych domkach traperskich), wpadają na chwilę żeby się wykąpać i zjeść coś normalnego. Ponadto co jakiś czas mamy gości z jachtów, których też trzeba oprowadzić po bazie czy terenie. Mamy też 6-osobową grupę z USA, która bada alczyki, malutkie ptaszki przypominające trochę pingwinki.

Obiad o 14 jest nieobowiązkowy, aczkolwiek bardzo smaczny i chętnie konsumowany.

A w ogóle to fajne takie życie. Potrzebujesz cokolwiek z magazynu czy lodówki, idziesz i bierzesz. Nie trzeba chodzić do sklepu i liczyć pieniędzy. Nie ma problemów z „traffic jam” czy szukaniem nowej sukienki na wesele kuzynki. Można by rzec, że żyjemy tu sobie spokojnie jak u Pana Boga za piecem. Są też wady tego systemu, za jakiś czas skończą się świeże owoce i warzywa, i pozostaną tylko mrożonki. No i jak to w życiu, problemy nie rodzą się same i zazwyczaj stwarza je człowiek. Więc przy 40 ludziach problemy być muszą (trudno uwierzyć, że nie było ich w raju), ale jakoś sobie radzimy i życie płynie w zawrotnym tempie.

Psy

P1000513_zmniejszacz-pl_481877Pieski są niezbyt inteligentne. Ale jeden z nich – zwany Brzydal – stwarza nadzieję na zimową zabawę w zaprzęgu. Wzięliśmy go na spacer na lodowiec, gdzie zaskoczył nas swoim zmysłem ostrożności przechodząc przez szczeliny. Co więcej, asekurował nas grzecznie przy tych szczelinkach. Akcję karmienia psów nakręce kiedyś i prześlę w formie filmu, bo warto zobaczyć te dzikusy. Nietresowane, wielkie bydlaki skaczą z takim impetem, że chwila nieuwagi i leżę w błotku. Albo dostaję łańcuchem w głowę. No i należy się do tego odpowiednio ubrać w robocze ubranka, bo brudasy przeokropne. Moment nieuwagi i wywrócił mnie jeden drań w błotko.

 

 

Lodowce

Lodowiec Hansa wciąż przeogromnie mnie zaskakuje. Jestem na nim raz w tygodniu, i za każdym razem wygląda inaczej. Pierwsza wizyta, lodowiec prawie cały pokryty śniegiem, tylko czoło straszy przepastnymi szczelinami. Kolejna wizyta, szczeliny plenią się jak chwasty. A ostatnia moja wizyta zaowocowała osobistym zapoznaniem ze “slushem” (błotem wodno-śnieżnym). Jedziemy spokojnie, a tu nagle skutery stają i wkopują się w rozmoknięty śnieg. Schodzimy ostrożnie, bo dookoła, gdzieś pod śniegiem zieją niebezpieczne studnie lodowcowe. Momentalnie wokół nas tworzy się wielka kałuża. Umoczeni po kolana w lodowatej (dosłownie) wodzie walczymy ze skuterami, żeby wyciągnąć je z tej brei. Brrrr….

I tak pewnie do końca wyprawy lodowiec będzie mnie ciągle zaskakiwał. Nie ukrywam, że podobnie jak po tatrzańskiej wspinaczce, czuję trochę ulgi schodząc po pomiarach na „suchy ląd”. P1000483_zmniejszacz-pl_729148

Jako że GPS musi postać 20 minut na każdej tyczce, można spokojnie zostawić sprzęt i zrobić mały “skok w bok”. Na przykład na pobliską przełęcz. Na razie wszytsko jest tu dla mnie nowe i zaskakują nawet proste rzeczy. Na przykład wspinamy się mozolnie na przełęcz, a tam czeka na nas niespodzianka, piękny widoczek na szmaragdowe jeziorko na lodowcu. Widoczek jak widoczek, a jeziorko jak jeziorko. Gdybyśmy wiedzieli o jego istnieniu to pewnie nie zrobiłoby już takiego dużego wrażenia. Ale jak człowiek się czegoś nie spodziewa, to zaskakują drobnostki, zwłaszcza podkreślone przez magię światła i koloru. No byliśmy zachwyceni!

No i jak wszędzie w życiu, za pomyłki się płaci, na przykład pomiary na Lodowcu Arie. Tniemy odważnie lodowiec we mgle, a tu nagle wysiadają baterie w GPS-ie ręcznym. Zapasowych oczywiscie nie mamy (skleroza). Tyczki są owszem, blisko siebie i łatwe do znalezienia, ale nie w gęstej mgle. I tu matka natura po raz kolejny ulitowała się nad nierozsądnymi polarnikami i w ciągu dosłownie minuty przyszedł jakiś wiaterek i zepchnął całą ścianę chmur poniżej nas. I tak już zostało do końca pomiarów. Ech, ma się w tym życiu troszkę szczęścia.

Stacja

29_pokoj_komputerowy_2_zmniejszacz-pl_752822Ostatnio doszłam do wniosku, że żyje się tu jak na wsi. Co oznacza uzależnienie od pogody w stopniu dużo większym niż w mieście. Jest pogoda, jest robota. Leje, wieje, mgła, na pomiary się nie wychodzi. No chyba, że trzeba bardzo. Nie znaczy to bynajmniej, że się lenimy sakramencko. Bo w samej bazie jest zawsze coś do zrobienia. Jeżeli porówna się ją do schroniska na 40 osób to można sobie wyobrazić tą przestrzeń, magazyny, itp. Wiecznie jest coś do sprzątania czy naprawiania.

Wrażenie wsi potęguje świat zwierzęcy, od czterech psów w budzie, do dzikiego zwierza. Rano wstaję, podnoszę żaluzję, a tu reniferek łazi, a tam kaczki, albo ptactwo inne. Od czasu do czasu liski polarne przebiegną, czasem niedźwiadek wybrzeżem przemknie.

Tego lata mieliśmy w bazie odwiedziny już 9 miśków. To dużo jak na tą porę roku. Wczoraj o piątej rano akcja. „Wstawaj! Jest matka z dwoma małymi”. Oczywiście nasze przeinteligentne pieski nawet nie zaszczekały, jak im intruzi weszli do ogródka meteorologicznego. Miśki były najwidoczniej zmęczone długą podróżą morską, bo ponad dobę kręciły się w okolicach stacji. I w ogóle nie uciekały przed tłumem „fotoreporterów”, nawet po kilku wystrzałach z rakietnicy.

Brepollen

Brepollen jest to zatoka u końca naszego fjordu. Spędziłam tam dwa dni, aby pomóc chłopakom przy sondowaniu dna, nad którym jeszcze 100 lat temu zalegały lodowce. A ściślej, pojechałam szukać mocnych wrażeń na biwaku pod namiotem. Czyli bliskie spotkania trzeciego stopnia z misiami. Prowizoryczny, średnio sprawny płotek przeciwniedźwiedziowy nie dawał pełnego zaufaniaP1000778_zmniejszacz-pl_29431, więc trudno mówić o spokojnym śnie.     Tym bardziej, że po przypłynięciu na biwak zastaliśmy ślady pobytu niedźwiadka, który rozwalił nam butelki z wodą i kawałek płotka. Po przypłynięciu kładziemy się spać, a po godzinie budzi mnie ciche “Mateusz słyszysz?”. Mateusz wychodzi z namiotu i … BUM, BUM, BUM !!! Odgłos strzałów miesza się z wybuchającymi dynamitami z płotka. Zrywamy się wszyscy. Ja z rakietnicą, z którą spałam. Nie wiem czy bardziej przestraszył się misiu, czy my, ale misiu sobie poszedł, ufff. Trwało to wszystko nie dłużej niż pół minuty…

P1000719_zmniejszacz-pl_542224 Trzeba przyznać, że chłopaki mają zimną krew. Odległość, w jakiej misiu był od namiotu, to jakieś 10 metrów, co pozwalało na spokojne zabicie “gada” bez żadnych restrykcji ze strony gubernatora. Natomiast nasi przyjaciele przyrody spokojnie, najpierw strzał z naboju gumowego i rakietnicy, a amunicję ostrą zostawili na wypadek, gdyby misiek był naprawdę uparty. W sumie to nie był ich pierwszy niedźwiedź na Brepollen. Ale ja nie powiem, przez godzinę próbowałam usnąć, zanim spadł mi poziom adrenaliny i przestałam słyszeć własne serce.

Potem na zmianę, jedna grupa naprawia płotek, a druga sonduje dno. Czyli pływa sobie po zatoce na pontonie, w tą i z powrotem, z “zawrotną” prędkością trzech knotów (3 mile na godzinę). Aparatura sobie coś tam mierzy, a my podziwiamy widoki, czyli przepiękne lodowce uchodzące do morza. Największe wrażenie robi Hornbreen – potężna, wysoka ściana klifu, posiekana szczelinami. Na Brepollen matka natura skumulowała sześć lodowców uchodzących do morza. W tym okresie cielą się one bardzo intensywnie. A odrywanie się gór i towarzyszący temu huk trwa nieustannie, co sprawia wrażenie pobytu na linii frontu. Średnio, co kilka minut, przez cały okrągły dzień, słychać jakiś “strzał”. Po powrocie do bazy, po dwóch dniach spędzonych w tych niesprzyjających kolorowym snom warunkach, przespałam bite kilkanaście godzin bez obracania się na drugi bok.

Zaćmienie słońca

1 sierpnia 2008 roku mieliśmy przyjemność obserwować ponad 90-procentowe zaćmienie słońca. Właśnie podczas pobytu na Brepollen. Trwało ono około dwóch godzin. Egipskich ciemności nie było, ale lekki zmrok zapadł. Spadek temperatury zanotowany w tym czasie przez naszych meteorologów na stacji wyniósł około 2 stopnie. To oziębienie spowodowało u nas, na Brepollen, jakieś zmiany w cyrkulacji powietrza, skutkujące przenikliwym silnym wiatrem katabatycznym spływającym z lodowca. Po zaćmieniu wiaterek ustał i znowu zrobiło się przyjemnie.

No i zaskoczenie przy powrocie do bazy. Podpływając we mgle do brzegu, przekonana byłam, że sternik się pomylił. I dopóki nie zobaczyłam budynku przy plaży nie wierzyłam, że to nasza baza. Konfiguracja słońca i księżyca spowodowała odpływ dużo większy niż zazwyczaj i z morza wyłoniły się szkiery (skały), których na co dzień nie widać. Kolejne ciekawe doświadczenie.

Hyttevika

P1010851_zmniejszacz-pl_746193Hyttevika to jedno z kilku okolicznych miejsc, w którym znajduje się hus. Hus to stary domek, w którym pomieszkiwali kiedyś traperzy polujący na misie i liski polarne. Obecnie latem zasiedlają się w nich naukowcy. A my – bazowicze – służymy od czasu do czasu jako służba transportowa. Czyli ponton na wodę i heja. I to kolejne wyzwanie. Bo mimo prognoz pogody, nigdy nie wiadomo czy lokalny mikroklimat nie szykuje jakiejś niespodzianki. A Hyttevika położona jest poza fjordem, od strony pełnego oceanu. Popłynęliśmy tam sobie przy niepozornej dwójce (stan wiatru), zapakowaliśmy na ponton beczki, a tu pogoda już „siada”. Bywa, że w takich wypadkach trzeba przeczekać nawet kilka dób, aby wrócić do bazy. W naszym wypadku nie było aż tak źle i daliśmy radę. Ale świadomość, że w razie awarii silnika, fala i silne tutaj pływy bardzo szybko mogą wynieść ponton na pełny ocean, nie daje komfortu wycieczki turystycznej. Jeżeli do tego ktoś ma bujną wyobraźnię i obawia się jednoczesnego wyładowania baterii w gps-ie i radio, to lepiej niech zostanie w domu.

Noc

19 sierpnia mieliśmy pierwszy zachód. Ale słoneczko zaszło niewiele poniżej horyzontu i na razie wciąż przez całą dobę mamy jasno. Ciemności zaczną się 5 września, kiedy wystąpi zmierzch cywilny, a słońce zejdzie 6 stopni poniżej horyzontu. Potem będzie zmierzch morski, słoneczko zejdzie 12 stopni poniżej horyzontu i będzie już widać gwiazdy. Kolejny zmierzch astronomiczny, przyniesie całkowitą ciemność. Słońce zejdzie 18 stopni poniżej horyzontu i nie będzie oświetlać atmosfery.

Praca na Hansie

P1020626_zmniejszacz-pl_980688Pomiary na Hansie trwają już drugi miesiąc, a lodowiec ciągle mnie zaskakuje. Jego powierzchnia z tygodnia na tydzień zmienia się niesamowicie. Szczeliny w części czołowej są już całkowicie odkryte i spokojnie można pomiędzy nimi przechodzić. Odkryły się także potężne zapadliska oraz studnie lodowcowe, do których z hukiem wpada woda ablacyjna. Na powierzchni lodowca tworzą się warkocze P1020584_zmniejszacz-pl_548394potoków, czy szmaragdowe jeziorka, które w kolejnym tygodniu znikają gdzieś w czeluściach lodowca, spływając kanałami wewątrzlodowcowymi do morza. Natomiast „strefa zagrożenia”, czyli szczeliny przykryte miejscami mostami śnieżnymi, przesunęła się w górę lodowca. W niektórych miejscach odległość pomiędzy szczelinami wynosi kilka, kilkanaście metrów.

Ostatnio wytopiły się z lodowca trzy tyczki, które w 2002 roku zatopione były na głębokość prawie 8 metrów. To pokazuje jak bardzo lodowca Hansa ubywa. No i mieliśmy akcję zatapiania nowych tyczek, przy użyciu wiertni parowej. Wygląda to jak samowar, tylko zasilany jest butlą gazową. Gotuje się w nim wodę, a para uchodząca wężami wgryza się w lodowiec jak dżdżownica. Z pewną nutą nieśmiałości (żeby nie powiedzieć całkowitym niedowierzaniem) szliśmy na lodowiec z tym ustrojstwem, bo nikt z nas nigdy tyczek nie zatapiał. Spodziewaliśmy się godzin marznięcia na lodowcu, a tu ku naszemu zaskoczeniu, przez godzinę wytwarzaliśmy w samowarze odpowiednie ciśnienie, a przez następną godzinę dżdżownica Magda wgryzała się bardzo sprawnie w lód i już mieliśmy 8-metrową tyczkę wtopioną w lód. Bajer.

Dalszy ciąg relacji z rocznego pobytu Gosi na Spitsbergenie opublikuję już wkrótce. Zachęcam do obejrzenia galerii zdjęć na Pikasa – galeria Gosi.