Dwa oblicza Nepalu. Część I – Góry – Pod Annapurną (XI 2008)

Namaste, namaste*… sweet? – małe nepalskie rączki składają się w powitalnym geście, białe ząbki błyszczą na tle opalonej buźki, a uśmiechnięte czarne oczy małego chłopczyka próbują odgadnąć, z której kieszeni plecaka zostanie wyciągnięte słodkie ciastko. Chwilę później w doliny pozostawione za nami szybuje kolorowe opakowanie po słodkim batoniku.

nepal II 299_zmniejszacz-pl_288040

Właśnie dotarliśmy do kolejnej wioski położonej na trasie naszego kilkudniowego trekkingu do majestatycznej himalajskiej doliny u stóp Annapurna, zwanej Sanktuarium Annapurny. Wzdłuż całej trasy znajduje się sporo małych osad. Tutejsi mieszkańcy utrzymują się głównie z turystyki: prowadzą skromne loggie, serwują lokalne przysmaki, oraz sprzedają ludowe pamiątki.

Jest kolejny upalny dzień. Rozsiadamy się wygodnie na ławeczkach. Większość zamawia herbatę z popularnym tutaj syropem cytrynowym. Jest pyszna, słodka – wzmacnia nas przed dalszą wędrówką. Przyglądamy się gospodarzom. Kobiety wyplatają kosze, zbierają plony, suszą je na słońcu i zajmują się dziećmi. Obowiązkiem mężczyzn jest prowadzenie interesu a także ciężka praca na roli przy użyciu prymitywnych narzędzi, które w Europie oglądać możemy już tylko w wiejskich skansenach. Życie w górach toczy się spokojnie, ale bardzo pracowicie, od wczesnego świtu po zmrok. Panuje tutaj spokój i cisza. Czas ruszać. Zanurzamy się w las rododendronów. O tej porze roku (listopad) jest zielony i suchy. Natomiast w porze deszczowej, która przypada w okresie od lipca do połowy września, drzewa pokryte są wszelkimi odcieniami różu i fioletu. Rośnie tutaj też sporo bambusów, bananowców a niezwykłego uroku o tej porze roku dodają pejzażowi kwitnące na różowo fuksje. Podczas wędrówki udaje się nam zauważyć kilka małp urządzających sobie harce ponad naszymi głowami. Co jakiś czas las się przerzedza i naszym oczom ukazuje się majestatyczny, ośnieżony szczyt świętej góry Machapuchare (6993 m n.p.m.), który na biało odcina się od błękitu nieba. Po kilku godzinach marszu zbliżamy się do kolejnej osady. Ścieżkę przecinają malownicze tarasy ryżowe oraz poletka prosa. Przy żniwach pracują na nich młode kobiety. Wstępujemy na plac, który stanowi wspaniały taras widokowy na otaczające nas szczyty gór. Osada nazywa się Chhomrong i znajduje się na wysokości 2170 m n.p.m. Pozostawiamy ekwipunek w loggii i wszyscy rozbiegają się po okolicy z zamiarem zamknięcia tych pięknych obrazów w kadrze aparatu fotograficznego.

nepal II 480_zmniejszacz-pl_658257

Nadciąga wieczór. Z pobliskiej wioski przychodzi grupa tubylców. Wszyscy są odświętnie ubrani, zasiadają na placu i wyciągają ludowe instrumenty. Mężczyźni wystukują rytmiczne dźwięki a kobiety tańczą w rytm melodii wdzięcznie poruszając rękoma oraz falując ciałem od pasa w górę, pozostawiając w bezruchu biodra. Gospodarz zachęca nas do zabawy i spędzenia z nimi wspólnego wieczoru. Z przyjemnością wsłuchujemy się w muzykę Himalajów. Panuje przyjemna atmosfera. Na zakończenie wieczoru każdy z nas otrzymuje upominek w postaci łańcucha z popularnych tutaj pomarańczowych kwiatów – nepalskie kobiety zawieszają je nam na szyjach. Tutejszy zwyczaj i wierzenia sprawiają, że pozostawiamy je w przydrożnej kaplicy, wypowiadając przy tym życzenia, które powinny się spełnić.

nepal II 254_zmniejszacz-pl_673750

 Kolejny poranek. Rześkie chłodne powietrze dociera przez niedomknięte okna. Warto wstać, żeby nie przegapić niepowtarzalnych porannych widoków i cudownego wschodu słońca. Szczyty gór spowite są chmurami, które powoli ustępują odsłaniając błękitne niebo. Powoli promienie słońca zakradają się na kamienny taras, na którym zamierzamy zjeść śniadanie. Błękitno-biało-zielony pejzaż uzupełniają soczysto-czerwone ostre papryczki suszące się w wiklinowych misach na słońcu.

Ruszamy dalej. Dziś mamy dotrzeć do MBC (Machapuchare Base Camp 3700 m n.p.m.) położonego u stóp świętej góry. Na szlaku mijają nas objuczone muły donoszące prowiant do osad położonych wyżej. Często też mijamy pojedyncze osoby, albo całe rodziny, które w specjalnych koszach – mocowanych na głowie, przenoszą bardzo ciężkie i znaczne ilości żywności, plonów i innych potrzebnych do życia przedmiotów. Szlak pnie się w górę. Czasami schodzimy aż do koryta rzeki, żeby przejść po kamieniach na drugą stronę. Innym razem przedostajemy się na drugi brzeg po zawieszonym wysoko moście. Widoki są piękne, słońce wydaje się być tak blisko…

Powoli zaczyna dokuczać ból głowy spowodowany występującą na tym poziomie chorobą wysokościową. Z reguły pojawia się ona na wysokościach powyżej 2500 m n.p.m, gdzie dostępność tlenu w powietrzu, ze względu na rozrzedzenie atmosfery, zaczyna być zbyt mała w stosunku do potrzeb organizmu człowieka. Późnym wieczorem docieramy do MBC. Wydrapujemy się pospiesznie na wzniesienie powyżej obozu, żeby obejrzeć w całej okazałości jak zachodzące słońce rzuca czerwoną poświatę na ośnieżone szczyty majestatycznych gór. Noc na tej wysokości jest bardzo chłodna. Temperatura spada prawie do 0 stopni Celcjusza. Biała Annapurna wyraźnie rysuje się na tle czarnego nieba ozdobionego milionem gwiazd. Jutro znajdziemy się u jej stóp.

nepal II 029_zmniejszacz-pl_85957

Idziemy. Pozostał nam krótki odcinek do przejścia, więc spokojnie możemy się upajać pięknymi widokami i cieszyć słońcem. Jest bardzo zimno. Zaledwie kilka metrów powyżej obozu temperatura musiała spaść w nocy poniżej zera: woda w strumieniach jest zamarznięta, trawę pokrywa szron. Bardzo szybko jednak pod wpływem promieni słonecznych powietrze się nagrzewa. Po południu osiągamy nasz cel. Plecaki lądują w loggii a my idziemy na spacer po dolinie – Sanktuarium Annapurny. Wracamy. W pamięci pozostają tabliczki z nazwiskami śmiałków, których pokonała Annapurna, trzepoczące na wietrze kolorowe chorągiewki modlitewne i dźwięki mantry Om Mani Padme Hum**…

 

* – tradycyjne indyjskie przywitanie, pozdrowienie. Dosłownie tłumaczone znaczy “pokłon Tobie”

** – Mantra, dosłowne tłumaczenie to: Oddaj cześć klejnotowi w lotosie

 

 

Kolorowe papierki

nepal II 538_zmniejszacz-pl_78517

Ludwik Perney

Chłopiec z Jhinu jak kot wdrapuje się na ławkę,
przeciska za plecami bladych Europejczyków.
Dziwnie pachną, mówią – nie wiadomo co znaczą
obce słowa. Słodycze szybko znikają w ustach.

Chłopiec z Jhinu jak kot oblizuje palce. Brudne, lepkie
od batonika. Paznokcie zakończone czarną obwódką.
Wepchnął się na kolana, nie krępują go spojrzenia
– przygląda się jasnym twarzom, odcieniom tęczówek.

Opakowania wyrzuca przez dziurę w rozbitym oknie.
Spadają w przepaść, znikają jak podróżnicy.
Dłonie wprawnie mignęły blisko ostrych krawędzi
– chłopiec z Jhinu nie chowa papierków do kieszeni.